8.07.2010
Poznań – Żabno
Wyjście świtem tak bladym, że nawet ptaki ze zdumienia przecierały oczy. Szedłem promenadą nadwarciańską ciesząc się samotnością i ciszą.
Samotne pielgrzymowanie. Ileż dobrych owoców można zebrać kiedy niezaprzątnięty niczym umysł oscyluje wokół niezbadanych, niepojętych Tajemnic. Trwa wymiana myśli, krzyżują się wrażenia, lotem błyskawicy przebiegają słowa, niesłowa. Odpływa gdzieś tęsknota a jej miejsce zapełnia się nieokreślonym poczuciem Dobra, Piękna, Ciepła.
W różańcowej modlitwie sięgam Tajemnicy i wszystko nagle staje się dziwnie jasne i proste. Wędruję z Mistrzem, zrywam po drodze kłosy, sycę się Jego słowami. Jestem z Nim i nic złego nie może mi się przydarzyć.
Jeszcze przed wyjściem, dla wielu ludzi dziwnym był to moje samotne pielgrzymowanie. Dlaczego sam? - zapytywali, nie boisz się? Przecież we dwójkę zupełnie inaczej.
Odpowiadałem, iż wystarczy mi towarzystwo Anioła Stróża, świętego Jakuba. Teraz zaprosiłem jeszcze świętego Antoniego.
Skończyło się przejście promenadą, wszedłem na wąskie uliczki przedmieścia Poznania, by stąd udać się do Głuszyny, idąc wzdłuż znajdującego się tutaj lotniska.
Mogłem, tak sugeruje przewodnik, podjechać autobusem linii 58 zwłaszcza że trasa była przydługa i nieciekawa. Zaintrygowało mnie to lotnisko gdzie stacjonują samoloty F-16.
Zamiast lotniska był ściśle ogrodzony las i co jakiś czas pojawiające się tabliczki z informacją o terenie wojskowym. Nic nie startowało, nic nie lądowało a mnie szło się coraz lepiej.
Części pęcherzy pozbyłem się przekłuwając, część pękła w drodze.
Kościół świętego Jakuba w Poznaniu – Głuszynie. Obszedłem gmach dookoła nie wchodząc do środka z tej prostej przyczyny, że nie mam daru fizycznego przenikania przez ściany.
Skręciłem w stronę Daszewa i trochę się pogubiłem. Gdybym to ja wyznaczał szlak starałbym wczuć się w położenie wędrowca, dla którego to robię. Nic by nie stało na przeszkodzie by po 200, 300 metrach powtórzyć znak, umieścić jeszcze jedną dodatkową muszelkę, zwłaszcza w lesie, gdzie rozchodzą się drogi i wszystkie nikną pomiędzy gęstwiną drzew.
Żałowałem, że nie wziąłem ze sobą kompasu, mógłbym przynajmniej bezbłędnie określić kierunek. Napotkani ludzie kierowali mnie każdy w inną stronę. Wreszcie solidna interwencja Jakuba i Antoniego i znalazł się ten jeden, który bezbłędnie wyprowadził mnie z plątaniny i, o dziwo, znowu natknąłem się na muszelkę, którą z wielką radością uwieczniłem moim aparatem.
Minąłem Rogalinek nie zachodząc do Rogalina z jego słynnymi dębami.
Pielgrzymowanie powinno jednak różnić się czymś od zwiedzania, a poza tym musiałbym zboczyć z trasy około 3 kilometrów.
Nad Wartą, wzdłuż której przechodziłem, zalegały stosy worków z piaskiem. To pozostałość po majowych i czerwcowych powodziach.
Wszedłem w lasy przemieszczając się wzdłuż ogrodzonej części, terenów ujęcia wody dla Poznania. Miałem ominąć Mosinę ale znów znaki gdzieś odeszły. Trudno. Krok za krokiem, poboczem w miarę ruchliwej szosy, szedłem i szedłem, szedłem i szedłem, prosto i prosto, tak prosto, że horyzont niknął w przestrzeni nie napotkawszy na żadną przeszkodę. Miało być Żabno, zrobiło się Żabienko. Jeszcze trzy kilometry, poinformowała mnie panienka w sklepie chwaląc się „..a my w Żabnie mamy kościół pod wezwaniem świętego Jakuba…”, a ja właśnie tam szedłem. Grzało słoneczko, nogi zaczynały przypominać o sobie. Zatrzymał się samochód z którego wysiadła dość puszysta pani i dowiedziawszy się że jestem pielgrzymem na drodze świętego Jakuba (muszla na plecaku była widocznym tego znakiem) zakomunikowała swoją przynależność do Bractwa Jakubowego w Żabnie, zaproponowała podwiezienie, z czego nie skorzystałem.
I tak oto rozniosła się wieść po okolicy że kolejny pielgrzym dotarł do końca etapu.
O Żabnie w bardzo ciepłych słowach pisze w swoich wspomnieniach ksiądz Mojżeszko. Proboszcz Edmund, który go gościł, doszedł już do kresu swojej wędrówki.
Mnie dane było poznać obecnego gospodarza tej parafii księdza Waldemara, który również zajął się mną bardzo serdecznie.
Do swojej dyspozycji otrzymałem pomieszczenia domu parafialnego. Przygotowane posłanie, ciepła woda. Ksiądz zaprosił na Mszę świętą ,potem na kolację. Czegóż potrzeba więcej dla strudzonego ciała? Kąpiel, krótki odpoczynek, zabiegi likwidacyjno – pęcherzowe i to właściwie wszystko.
W pobliskim sklepiku zrobiłem niezbędne zakupy. Dowiedziałem się, że pielgrzymka do Ostrej Bramy już rozkręcona na dobre, minęła Banie Mazurskie.
Zamyśliłem się wspominając dziesięć, lub więcej tych wędrówek. Jakże różni się tamto wędrowanie od tego przeżywanego w samotności. Oni tam, żyją w swoim świecie. Przyjaźnie, animozje. Tutaj mogę być zły tylko na siebie. Przed samym sobą się nie obgadam. Jestem sam ze swoimi wzlotami, upadkami. Nie ma siostry która przebije pęcherze, opatrzy stopy. Tam dzieje się tak wiele, tutaj cisza.
Mały, drewniany kościółek. Tyle w nim ciepła, przytulności. Tutaj modlitwy otrzymują swój dodatkowy żar, który wybuchnie czystym płomieniem przed tronem Najwyższego.
W zdumieniu dostrzegłem po obu stronach ołtarza dwie jednakowe ambony. Czyżby tutaj kazania głoszone były jednocześnie przez dwójkę kaznodziejów? Okazało się później, że jedna z tych „ambon” jest chrzcielnicą, zresztą nieużywaną ze względu na swoją niepraktyczność.
Na początku Mszy, ksiądz Waldemar powitał mnie bardzo ciepło, zapewniając o wsparciu modlitewnym, czego dał wyraz w czasie sprawowanej Ofiary. Po zakończeniu, pan, będący tymczasowym zakrystianinem poprosił o pozwolenie zrobienia mojej fotografii celem zamieszczenia jej w kronice Bractwa Jakubowego. Okazał się, że miał już ze sobą aparat. Na tle tablicy z godłem Bractwa zostałem uwieczniony, jako jeden z podążających tym pielgrzymim szlakiem. Potem dokonałem jeszcze wpisu do księgi pamiątkowej.
Pora na kolację, Ksiądz Waldemar zachęcał gorąco mówiąc, że specjalnie dzisiaj zrezygnował z obiadu czekając na zjedzenie w moim towarzystwie wspaniałego makaronu z gulaszem. Było wyborne ciasto, kawa, herbata, wino. Trudno w tak krótkim czasie przekazać wiele. Popłynęła rozmowa o parafii, pielgrzymowaniu, zakończonych wyborach, trwających mistrzostwach świata w piłce nożnej.
Usłyszałem historię pątnika podążającego dwa dni przede mną i idącego do Santiago de Compostela. To 75-letni Szwajcar, architekt, który już kilkakrotnie, wespół z żoną, pielgrzymował w Hiszpanii. Po jej śmierci (umarła będąc w drodze) samotnie kontynuuje swoje camino. Tym razem zdecydował się wyruszyć z Polski.
Przyszedł czas pożegnania. Podziękowałem serdecznie przemiłemu Gospodarzowi, pani Weronice, jutrzejszej solenizantce złożyłem życzenia i podziękowałem za wspaniały posiłek. Ksiądz odprowadził mnie do domu parafialnego informując o pracach które należałoby w nim poczynić.
I tak oto zakończył się kolejny dzień pielgrzymowania, noc stała niecierpliwa, czekając by utulić welonem czerni rozgrzaną, dyszącą upałem ziemię i dać jej trochę ożywczego chłodu przed dniem następnym, przed nowym.