Początki

zbyt wiele było fascynacji Drogą
za mało Mistrzem wędrującym obok

…prawdopodobnie ma pan uszkodzona łękotkę. - Jeśli diagnoza się potwierdzi konieczny będzie mały zabieg.- Na razie trzeba zrobić USG kolana.- To wszystko…

Słowa, mimo że skierowane do mnie, odebrałem bez większych emocji. Ot, coś się przytrafiło. Może mnie, może nie mnie. Właściwie to zupełnie obojętne. Teraz, po wszystkim, po przejściu całej trasy, po dotarciu do celu, każda, nawet wielka sprawa wydała mi się błahostką.

a przecież tak niedawno… Czytaj resztę tego wpisu »


W samolocie

7.05.2006 r. niedziela

Nareszcie. Po paru miesiącach intensywnych przygotowań, ustaleń, zabiegań nierealne stało się realnym. Ciekawi mnie czy dawnymi czasy pielgrzymi też czynili takie przygotowania. O ile łatwiej, czy może trudniej, było kiedyś zdecydować się na wyjście. Zostawić domy, rodziny. Wychodzić, nie wiedząc co może zdarzyć się w drodze. Samo wyjście, od progu domu, tysiące kilometrów do przejścia. Wielka niewiadoma, wielka loteria. Dzisiaj dwie godziny lotu samolotem, kontakt z bliskimi na bieżąco. I tylko droga ta sama. I tylko tak samo trzeba przedeptać cały szlak. Korzystamy z przewodników. Wiemy dokąd idziemy. Dla moich poprzedników czasami była to pionierska wyprawa, nierzadko okupiona śmiercią. Podziwiam heroizm tych ludzi, ich determinację, samozaparcie.

Czytaj resztę tego wpisu »


Dotykanie Drogi

7.05.2006r. niedziela

Podjeżdżamy autobusem pod gmach lotniska, wchodzimy do hali po odbiór bagaży i nagle… uświadamiam sobie, że nie rozumiem brzmiącej wokół mnie mowy. Polacy gdzieś zniknęli. Włączam komórkę i oto pierwsza wpadka. Nie mogę wysłać SMS-a, próbuję dodzwonić się do domu. Nic z tego. Zaczynam kombinować, dochodzić. To pierwsze wrażenie wcale nie było zbyt przyjemne. Umówiłem się z Elą, że niezwłocznie po wylądowaniu dam znać że wszystko w porządku. Teraz sterczę i tak naprawdę nie wiem co robić. Telefon gada po hiszpańsku a ja usiłuję uporać się z problemem. No cóż odłóżmy sprawę na później. Czytaj resztę tego wpisu »


Oto jest dzień…

8.05.2006 r. poniedziałek

Wstał dzień. Słoneczny, rześki skąpany nocnym chłodem. Za oknem zieleń skrząca się rosą poranka. Pakujemy plecaki, spieszymy się by jak najszybciej wyruszyć. Oto jest dzień który dał nam Pan. Śniadanie w hotelowej restauracji. Jeszcze teraz czuję smak wspaniałego soku z ananasa. W hallu jacyś ludzie. Starszy pan, chyba Niemiec, uśmiecha się na mój widok. Peregrino, Santiago ? Z dumą wyciąga paszporty pielgrzyma wypełnione niezliczoną ilością stempli. Tak, oczywiście pielgrzymował. Ze skąpych angielskich słów wnioskuję, że wędrował kilkoma trasami. Buen Camino.

Czytaj resztę tego wpisu »


Pustą samotną drogą…

9.05.2006 r. wtorek

Kierunek, zachód. Wyszliśmy o 5.20, było ciemno, gwiazdy. Oglądałem Strzelca. Gdzieś przeczytałemGdzieÅ? w drodze wschód SÅ?oÅ?ca, że szlak do Santiago wyznacza Mleczna Droga biegnąca aż do najdalszych krańców ziemi, do Atlantyku. Teraz mam okazję to sprawdzić. Latarką oświetlaliśmy drogę w poszukiwaniu żółtych strzałek. Mijał czas. Za nami, przepiękny wschód słońca grający wszystkimi odcieniami czerwieni na niebie schodzącym łagodnie na ciemne, pofałdowane górskie grzbiety.

Czytaj resztę tego wpisu »


Dotyk Miłości

10.05.2006 r. środa

W ciemności, przed wschodem słońca wychodzimy aby unikając upałów, przejść jak największy dystans. Niebo usiane gwiazdami. Strzelec z napiętym łukiem trwa w gotowości rażenia strzałą. Piękny, przepiękny bolid znacząc ślad przemknął bezszelestnie, jakby przypominając, że nie jesteśmy sami. W bezmiarze Kosmosu, takich dróg, takich światów są miliony. Każde z istnień naznaczone Bożym dotykiem, Bożym tchnieniem. Dzisiaj jednak dla Stwórcy ważniejsi jesteśmy od całego Wszechświata. Tak niewiele trzeba by poczuć się szczęśliwym. Przeżyć Drogę. Przejść Drogę.

Czytaj resztę tego wpisu »


Co człowiek czuje gdy pielgrzymuje

11.05.2006r. czwartek

Wyszliśmy przed wschodem słońca. Strome, bardzo strome podejście kamienną ścieżką biegnącą w gęstwinie drzew i splątanych krzewów. Cały czas miałem dziwne wrażenie że słyszę jakieś kroki. Przystawałem, spoglądałem za siebie. Mrok i niesamowite kontury drzew, nic więcej. A jednak…. Czytaj resztę tego wpisu »


W maju meseta jest zielona

12.05.2006r. piątek

Modlę się z ptakami
Drodze opowiadam o swojej drodze

Każdy coÅ� na grzbiecie nosiMeseta. Jeszcze przed wyjazdem mój peregrino z lękiem i namaszczeniem wypowiadał to słowo. "Zobaczysz", mówił, "upał, ani śladu cienia. Żeby tylko przejść mesetę."

Dzisiaj po raz pierwszy zmierzymy się z tym płaskowyżem. Na razie chłodno, półmrok. Droga umyka aż kręci się w głowie. Powoli wrastam w tę Drogę. Staję się jednym z wielu tysięcy którzy tędy przechodzili, prażyli się w promieniach palącego słońca. Pod nogami mnóstwo ślimaków. Wyszły rankiem, by zdążyć przed upałem. Każdemu jego camino.

Czytaj resztę tego wpisu »


Wrastanie

13.05.2006 r. sobota

W podświadomości każdego z nas zakodowane jest Wędrowanie. Wewnętrzny nakaz przemieszczania się z miejsca na miejsce. Nie jesteśmy jak drzewa, które raz zapuściwszy korzenie wciąż pozostają w tym samym miejscu. Mam tę świadomość że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, dlatego, aby poznać, zobaczyć jak najwięcej, muszę wrosnąć, utożsamić się z Drogą.

Czytaj resztę tego wpisu »


Kiedy ranne wstają zorze

14.05.2006 r. niedziela

“…wszystko co uczynił było bardzo dobre…”

Tydzień temu w samolocie, gdzieś w Europie, wysoko ponad ziemią. Dzisiaj, twarda rzeczywistość, znaczona codziennym zliczaniem kilometrów. Tydzień stąpania po ziemi z głową w chmurach. Cel, choć odległy, dzisiaj wydaje się bardziej realnym niż wczoraj, niż tydzień temu.

Czytaj resztę tego wpisu »


Wszystko pod kontrolą

15.05.2006 r. poniedziałek

Po wczorajszej zabawie sterty papierów ,porozrzucanych plastikowych butelek. Świecą latarnie i w ich blasku sprawia to wrażenie ucieczki przed nagłym kataklizmem. Opuszczamy gościnne, wesołe miasteczko. Wcześniej, awantura w albergue. Czytaj resztę tego wpisu »


Kto rano wstaje

16.05.2006 r. wtorek

Każda chmurka gdzieÅ� podÄ�żaPo spokojnej nocy, dzień tak wspaniały, opromieniony wschodzącym słońcem, umajony zielenią, kwiatami. Ta droga żyje codziennymi wyjściami, zmaganiami. Żyje podczas postojów, analizowana, dopracowywana w szczegółach, w każdym etapie przejścia. Żyje we wspomnieniach, w histori, pamięci tych, którzy poświęcili jej swój czas, swoje siły. Żyje przyrodą, tak wiosną jak i innymi, również urokliwymi, porami roku. I wreszcie żyje nieustanną modlitwą zanoszoną przez wstawiennictwo świętego Jakuba przed tron Stwórcy. Czytaj resztę tego wpisu »


Wielka niewiadoma

17.05.2006 r. środa

Do Leon już tylko 20 kilometrów. Aż 20 kilometrów! Chyba jutro będę zmuszony skorzystać z jakiegoś środka lokomocji. A wszystko zapowiadało się tak wspaniale. Pamiętam, gdy na jednej z pielgrzymek do Wilna, któryś z księży opowiadał o młodym kleryku idącym i narzekającym, że nic go nie boli. “brak krzyża, co za krzyż”. Kolano dokucza coraz bardziej. Jest tak, jakby ktoś wkręcał rozpaloną śrubę w bok nogi. Zakładałem kłopoty z kręgosłupem, mam bolącą nogę.Panie jesteś Wielki.

Czytaj resztę tego wpisu »


Ustalenia

18.05.2006 r. czwartek

Ranek pochmurny, deszczowy. Czyżby koniec słonecznej pogody? Również mnie udziela się pochmurny nastrój przyrody. Stoję czekając na autobus. Naprzeciwko sklep, w którym wczoraj dowiadywałem się o rozkład jazdy. Po prawej stronie, w kierunku dokąd pojadę, długi most, żółte strzałki. Pielgrzymi, opatuleni w peleryny, podążają w jego kierunku. Utykając, robię małe kółka. Jeśli przestanę, ból narasta przy kolejnym rozruchu. Lepiej więc udawać że się chodzi.

Czytaj resztę tego wpisu »


Bratnie dusze

19.05.2006 r. piątek

Kilka razy tej nocy zamrażałem kolano traktując go zimnymi okładami. Wczesnym rankiem, przed wyjściem, pomógł mi jeszcze Marek, po czym zabrał plecak i poszedł w ciemność. Zobaczymy się dopiero za dwa dni w Astordze pod katedrą. Zostałem sam. Jedni powoli, drudzy z pośpiechem, zbierali się do wymarszu pielgrzymi. Ruch na całego. Pakowanie plecaków, śniadanie, rozmowy, postukiwania kosturów i kijków. Buen camino, do widzenia na szlaku.

Czytaj resztę tego wpisu »


I wszystko będzie dobrze

20.05.2006 r. sobota

I znowu chłonę wzrokiem przestrzeń, zachwycam się zielenią. Znowu czuję muśnięcie wiatru na twarzy, dotyk słonecznych promieni, znów przede mną droga aż za horyzont.

Czytaj resztę tego wpisu »


W zjednoczeniu z Drogą

21.05.2006 r. niedziela

dotarłem
niebo z ziemią złączone
krzyża rozpięte ramiona
jak Jezus noga za nogą
szedłem Krzyżową Drogą

Powoli, krok za krokiem, wychodzimy rankiem, tak świeżym, dopiero co rozbudzonym, iskrzącym się od chłodu. Metaliczny stukot kijków o kamienie, ból kolana i widoki okolicy budzą mnie do reszty. Już z wysokości, spoglądam za siebie, gdzie w oddali została gliniana wioska z dzwonnicą na której dzwony wiodą rozmowy z bocianami i gdzie wczoraj wyszedłem. Dużo słońca, dużo wiatru, przenikający ziąb. Czytaj resztę tego wpisu »


Od gór powiało chłodem

22.05.2006 r. poniedziałek

W ciemności, obszczekany przez psy, ciekaw jestem z czego była wczorajsza mięsna wkładka, postukując kijkami opuszczam urocze albergue z uroczymi gospodarzami, podążając za moim peregrino który przepadł w mroku. Kawałek szosą, później biegnącą równolegle, obniżającą się kamienistą ścieżką, utykając, rozpoczynam zejście w doliny. Jest zimno, zaczyna padać deszcz ze śniegiem. Jedyna nadzieja na rozgrzewkę to szybki, na ile pozwoli bolące kolano, marsz i oczekiwane słońce. Czytaj resztę tego wpisu »


Per aspera ad astram

23.05.2006 r. wtorek

Gdy każdy krok staje się problemem
stąpam delikatnie by nie urazić Drogi.

W albergue ruch na całego. Nie spiesząc się pakuję plecak, jem śniadanie. Wczoraj wieczorem schowałem do lodówki mleko, ser. Wypijam teraz doskonale zimne, zagryzając serem z bagietką. Jakiś młody człowiek częstuje mnie jogurtem. Jeden wypijam na miejscu, drugi upycham do kieszeni plecaka. W domach noclegowych wyposażonych w kuchnie panują niepisane zwyczaje pozostawiania nadmiaru jedzenia dla następnych pielgrzymów. W szafkach, w lodówkach, po przyjściu znaleźć można najrozmaitsze wiktuały w rodzaju herbat, makaronów, cukru, jogurtów, wody mineralnej a nawet wina.

Czytaj resztę tego wpisu »


Umieszczam cię w swoim Sercu

24.05.2006 r. środa

Na pograniczu snu i jawy zawieszony w błękicie, strzepując z nici pajęczyn perełki porannej rosy, uśmiechem sprowadzam na ziemię jaskółki myśli które w górze niezdarnie trzepocą młodymi skrzydłami. Pragnę pozostać, lecz czas nieubłagany wczorajsze już przemienił w historię, to dzisiejsze wpisuje we wczorajsze koło wprawionej w ruch machiny. Czas w drogę.

Czytaj resztę tego wpisu »


Czosnek na wampiry

25.05.2006 r. czwartek

Pokłoniłem sie Jezusowi w otwartym już o dziwo kościółku, pożegnałem gościnne albergue, i swoim wypracowanym tempem, krok za krokiem, ruszyłem ku wyżynom, by dzisiaj poprzez O’Cebreiro dotrzeć do miejscowości Triacastella. Zamierzałem początkowo przejść pieszo tylko pierwszy odcinek, niestety stało się inaczej.

Czytaj resztę tego wpisu »


Zielone wzgórza Galicji

26.05.2006 r. piątek

Mój peregrino gdzieś daleko w drodze, ja rozpoczynam dopiero dzień, szykując się do wyjścia. Mając świeżo w pamięci napomnienia i obawy Eli, również dzisiaj postanawiam pewien odcinek drogi przejechać. Mam szczęście. Zaraz po opuszczeniu albergue dostrzegam stojący autobus. Kierowca na migi wyjaśnia że za pół godziny odjeżdża do Sarrira. Nic nie stoi na przeszkodzie by skorzystać.

Czytaj resztę tego wpisu »


Czerwone getry

27.05.2006 r. sobota

Dziwy i czary Mgła gęstym welonem szczelnie otula ziemię, jakby chciała ukryć przed ciekawskimi oczami nagromadzone skarby krajobrazu. Z białej poświaty wyłaniają się kształty, kontury drzew, kamieni, niesamowite, tajemnicze, pobudzające wyobraźnię. Od rana brodzę w tej bieli i szarości upatrując drogi, która dzisiaj nabrała zupełnie innych kolorów. Tak musiał wyglądać Chaos z którego wyłoniły się harmonia, ład i porządek uczynione zamysłem Stwórcy. Czytaj resztę tego wpisu »


Rozmyślania w drodze

28.05.2006 r. niedziela

Po spokojnej nocy, dzień pełen optymizmu, wyczekiwania na to co może się wydarzyć. Zapomniałem o wczorajszych zmaganiach i choć dzisiaj niedawne “biedy” ulokowały się w bolących ramionach i plecach i, o zgrozo, ujawniających się na stopach pęcherzach, to reasumując, nie było najgorzej. Z postanowieniem większej dbałości o siebie przystąpiłem do zjedzenia śniadania które dzisiaj, podobnie jak i wczoraj, składało się z zimnego mleka, sera i bagietki. Było jeszcze masło i końcówka dżemu. W swojej zachłanności, myśląc że moja, złapałem za kromkę siedzącej obok Francuzki. Na szczęście dla niej zauważyła i odebrała mi z dziwnym spojrzeniem.
Czytaj resztę tego wpisu »


No pain no glory

29.05.2006 r. poniedziałek

Wyszedłem z mocnym postanowieniem skorzystania z transportu. Szosa, przynajmniej na razie, zupełnie odbiegała od kierunku marszu, więc zdecydowałem się jednak porzucić szosę dla Drogi. W pewnej odległości, za grupką młodzieży idącą “poco a poco” szło mi się spokojnie i radośnie. Co jakiś czas droga krzyżowała się z szosą, więc, dla uspokojenia sumienia stawałem na poboczu próbując coś złapać. Przejeżdżali, odjeżdżali, ja szedłem dalej.

Czytaj resztę tego wpisu »


Góra Radości

30.05.2006 r. wtorek

Odnoszę wrażenie, że nie wszyscy z wędrujących tak do końca przestrzegają zasad pieszego pokonywania trasy. Jak na przykład wytłumaczyć fakt, gdy grupka młodych ludzi, w chwili, kiedy ja rozpoczynam wędrówkę, dopiero wstaje, zwija śpiwory, szykuje się do śniadania, a na pierwszym czy drugim postoju trasy, gdzie dochodzę, spokojnie siedzi sobie w barze popijając kawę. Czytaj resztę tego wpisu »


Tu gdzie Droga się kończy

31.05.2006 r. środa

Błyszczał w promieniach wschodzącego słońca pomnik z żelaza na górze która jest “radością”, upamiętniający pielgrzymkę do Santiago Papieża Jana Pawła II, kiedy wraz z innymi wyruszyliśmy w ten ostatni etap wiedząc, że dzisiaj staniemy u kresu. O dziwo, wyszedłem przed Markiem. Znajomą drogą schodzimy do wiaduktu, potem dalej na przedmieścia, gdzie wielki pomnik-obelisk ku czci tych którzy mieli szczęście dotrzeć aż tutaj. Jakub Sobieski, Jan Paweł II, Dante Aligheri i inni znani i mniej znani pielgrzymi nie szczędzący w ciągu wieków swego trudu i nakładów. Z rzeszą bezimiennych posuwamy się zwolna wąskimi uliczkami wyżej, do miejsca gdzie wszystko się kończy i zarazem rozpoczyna.

Czytaj resztę tego wpisu »


Wszystko zmierza ku dobremu

01.06.2006 r. czwartek

Wychodzimy rankiem pozostawiając plecaki w albergue. Cały długi dzień spędzimy w Santiago, w pobliżu tłumnie nawiedzanej katedry. Na razie udajemy się na poszukiwanie dworca autobusowego, skąd jutro odjadę w kierunku Finisterry, końcowego etapu naszej podróży. Mój peregrono będzie miał trzy dni by dojść tam pieszo. Wierzyć się nie chce, ale to już naprawdę koniec. Prawie miesiąc w drodze. Z jednej strony tęskno, z drugiej żal. Szkoda silić się na filozofię, rozpamiętywanie. Wszystko co się dobrze kończy jest dobre.

Czytaj resztę tego wpisu »


W cieniu oceanu

02.06.2006 r. piątek

Dzień opromieniony słońcem. Za szybą mknącego autobusu świat pozieleniały wiosną tak świeży i radosny przyciagajacy nitkami dróg i ścieżek pozostającymi w tle. Wczoraj rozpalone żarem ulice, zamknięte kamieniczkami place, dziś przestrzeń i szerokie, nowe horyzonty.

Czytaj resztę tego wpisu »


Nóg obmywanie

03.06.2006 r. sobota

Wzdłuż wrzynającej się w ląd zatoki, potem pod górę i znowu w dół nad zatokę, wśród pól i lasów szedłem czując powiew idący od Atlantyku. Gdzieś na przedmieściach, minąłem dom z ogrodem w którym na drzewie dojrzewały piękne, dorodne cytryny. Przypomniałem sobie słowa jednej ze znajomych, która przed pielgrzymką opowiadała mi o zapachu cytrusowych gajów Hiszpanii. Czytaj resztę tego wpisu »


Koniec ziemi, koniec Drogi

04.06.2006 r. niedziela

Zjawił sie Marek. Jestem pełen podziwu dla tego czego dokonał. Swoim szybkim, wyrobionym krokiem przeszedł odcinek z Santiago do Finisterry. Nie znać trudów drogi, zmęczenia. Naprawdę, trzeba mieć nie lada kondycję. Przykro było, gdy w albergue musiał udowadniać piesze przejście całości. Łaskawie zgodzono się na spędzenie jednej nocy.

Czytaj resztę tego wpisu »


W stronę Drogi

4.07.2010

Kraków – Gniezno

A jednak wyjeżdżam. Obok młodzież zajęta grą w karty. Wagony jakieś takie dziwne, bez przedziałów, jak w autobusie, czy samolocie. Ani śladu intymności, poczucia bezpieczeństwa. Co chwilę ktoś przechodzi, padają słowa, śmiechy. Nic to. Ważne że wyruszam. Zaczynam zastanawiać się jak do tego doszło, na ile jest to realne, na ile fikcja która dopiero może się ziścić. Póki co, tkwimy na peronie dworca głównego w Krakowie. Kierunek Poznań.

Odjeżdżamy.

Podróżowanie, zwłaszcza pociągiem, wyzwala we mnie ten rodzaj emocji któremu towarzyszy wielka ciekawość odkrywania, dostrzegania czegoś nowego. I choć za oknem obrazy zmieniają się szybko, zbyt szybko by je utrwalić, nie mogę oderwać oczu od krajobrazów, pól, lasów.

Śląsk, wieże kopalniane i ponure z czerwonej cegły budynki. Wagony wystukując rytm powoli przesuwają się ponad wyrobiskami, wyeksploatowanymi komorami ukrytymi głęboko pod ziemią. Wyobrażam sobie te czarne, opuszczone korytarze bez światła. Mrok, wilgoć. Miejsce pracy tysięcy ludzi. Czarne złoto. Bogactwo. Polska węglem stoi. Pojawiają się hasła lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Dzisiaj podobno bardziej opłacalne jest sprowadzanie węgla z Republiki Południowej Afryki. Dzisiaj nic się już nie opłaca.

Mroczny dworzec Wrocławia,potem Leszno. Zmieniają się ludzie, przesuwają za oknem krajobrazy. Od Leszna zaczynam się dokładniej przyglądać, śledzić nazwy mijanych miejscowości. Nic nie mówiące mi nazwy. W przestudiowanym przewodniku jakieś, zupełnie inne. Zobaczymy. Płaskie, sięgające krańców świata tereny. Na horyzoncie lasy, pola łąki. Czuję przypływ adrenaliny.

Czuję że wędruję.

Myślę o świętym Jakubie, o drodze w dalekiej Hiszpanii którą przeszedłem cztery lata temu. Czy teraz święty Jakub okaże się łaskawszy. Co przyniesie to nowe wędrowanie? Cel ten sam, tylko do Santiago jakby trochę dalej.

Kiedy ty wreszcie zmądrzejesz, dźwięczą mi w uszach słowa niejednokrotnie wypowiadane przez moją żonę. Po tamtej, hiszpańskiej wyprawie miała prawo tak mówić. Uszkodzona łękotka, operacja.

Zew Drogi jest silniejszy. Potrzeba wyciszenia, znalezienia własnego miejsca na ziemi, spotkania ze Stwórcą odpycha wszystkie obawy.

Poznań wita mnie solidnym upałem. Zarzucam plecak na ramiona, kieruję się w stronę dworcowej hali. Pośrednia stacja na początku pielgrzymowania. Dzisiaj celem jest Gniezno. Do Poznania powrócę pieszo za parę dni. Szybko rozeznaję się w rozkładzie jazdy. Do odjazdu pociągu w kierunku Inowrocławia pozostaje około godziny. Kupuję bilet.

W międzyczasie odbieram od Eli sms-a o śmierci znajomego pana. Jedni wchodzą na swoją drogę, inni doszli już do celu i powracają utrudzeni życiem z bagażem. No właśnie, z jakim bagażem? Co zabrać? Co pozostawić? Słowa Mistrza,wypowiedziane dwa tysiące lat temu aż nadto jasno określiły kryteria. Tylko pozwolić się im poprowadzić. Niezmienne, wciąż aktualne i żywe.

Gramolę się z wagonu. W Gnieźnie, podobny jak w Poznaniu upał. Wychodzę przed dworzec. Na ławeczce obok, jakiś pijany mężczyzna wyśpiewuje na całe gardło. Widzę tabliczkę kierującą do schroniska młodzieżowego. Przez krótką chwilę czuję pokusę aby tam podejść. Jeszcze nie wiem w której części miasta znajduje się zamówiony przeze mnie nocleg. Po chwili, bogatszy o udzieloną informację raźno wyruszam. Nie jest specjalnie daleko. Coś około 2 kilometrów. Po drodze wstępuję do punktu wyborczego. Wszak dzisiaj wybory. Właściwie nie wiem po co to robię, ale skoro powiedziało się „a” trzeba być konsekwentnym.

Tutaj jeszcze raz upewniam się co do kierunku i ruszam. Po prawej stronie pozostawiam stare miasto z katedrą. Chcę dzisiaj jeszcze tam powrócić, by poznać drogę którą wyjdę jutro z miasta. Docieram na miejsce. Budynek Towarzystwa Czytelni Publicznych. Mieści się tu również kaplica w której odprawiane są Msze święte. Mój pierwszy nocleg. Pani wprowadza mnie na piętro. Pokoik, łazienka na korytarzu. Szybko rozpakowuję się, by zaraz wyjść z powrotem. Mam szczęście. Miejski autobus, mający tutaj końcowy przystanek, właśnie ma zamiar odjeżdżać.

Kierowca informuje gdzie wysiąść. 10 minut jazdy i już przede mną stare miasto, zamknięte u szczytu olbrzymią wypiętrzającą się katedrą. Zanim tam dojdę, mijam jeden z kościołów w którym rozpoczyna się właśnie Msza święta. Jest niedziela. Czuję opiekę świętego Jakuba i Anioła Stróża. Bez niedzielnej Mszy świętej, bez błogosławieństwa na początku, byłaby to wędrówka, nie pielgrzymka. Poddaję się całkowicie ich kierownictwu.

Potem katedra. Wstępuję po stopniach rozgrzanych lipcowym słońcem, by zagłębić się w chłód murów, by poczuć powiew tysiąca lat historii. Święty Wojciech jakby chciał podźwignąć się, wyruszyć. Europa znów potrzebuje misjonarzy. Europa czeka na świadectwo Wojciechów gotowych polec za wiarę.

Mam szczęście. W zakrystii otrzymuję pierwszą pieczątkę do mojego paszportu pielgrzyma. Ksiądz namawia abym pozostał na koncercie.

Koncertowanie w kościołach i katedrach ostatnimi czasy stało się bardzo modne. Omodlone mury w których setki tysięcy wiernych trwały na rozmowie z Bogiem stają się nagle świadkami kultu oddawanemu sztuce i to nie zawsze tej przez duże „s”. Grzecznie odmawiam i wychodzę, by poszukać pierwszej muszelki, znaku który będzie mi towarzyszył przez następne dwa tygodnie. Z przewodnikiem w ręku odnajduję kierunek. Wszystko jasne. W dół katedry. Jest pierwsza muszelka. Można powrócić na nocleg. Jutro skoro świt wyruszam.


Oczarowanie i rozczarowanie

5.07.2010

Gniezno – Dąbrówka Kościelna

Wstaję o 3,30. coś zjadam, coś wypijam. Krótkie pakowanie, zejście, zatrzaśnięcie drzwi i oto jestem już wolny. Przede mną dawka przeznaczona na dzień dzisiejszy, około 40 kilometrów do Dąbrówki Kościelnej. Zdaję sobie sprawę, że jak na pierwszy dzień jest to może zbyt wiele, ale przy ustaleniu etapów trasy tak wyszło. Postanawiam skrócić dojście do pierwszej muszelki.

Idąc obok stadionu i przez park, omijam całe centrum i tym samym wychodzę wprost w kierunku obrzeży miasta. W parku nad jeziorem zatrzymuję się.

Jest świt. Pierwsze promienie słońca przeciskają się przez gęstwinę liści. Cisza. Przysiadam na ławce. Właśnie tutaj postanawiam odmówić moją modlitwę brewiarzową.

Na początku dnia, kiedy świat otwiera zaspane oczy odkrywam w zdumieniu słowa uwielbienia Stwórcy, wypowiedziane przez psalmistę tysiące lat temu. Czas nie ma znaczenia. Tamte i obecne chwile to jedno. Tamto, jego, i moje uwielbienie mają to samo źródło. To Miłość i tęsknota. Umocniony i hojnie obdarowany, z przewodnikiem w ręku kieruję się ku nieznanemu. Oprócz przewodnika posiłkuję się małą książeczką księdza Andrzeja Mojżeszko którą wypatrzyłem w internecie i zakupiłem. Żywy zapis przebytej drogi, tej samej którą teraz przemierzam. Wracałem do niej niejednokrotnie na trasie i muszą przyznać, że były miejsca w których okazywała się prawie bezcenna, dzięki zawartym w niej uwagom. Na razie muszelki są, albo ich nie ma. Przewodnik, ludzie i powoli krok po kroku posuwam się do przodu, a upał coraz większy.

Imiołki, znak ryby, Pola Lednicke. Obejście jeziora. Trochę się pogubiłem, ale przecież w końcu dotarłem na skraj Pól, gdzie w dali widniała olbrzymia metalowa ryba, symbol trzeciego tysiąclecia. Kompleks mieszkalny, kaplica, sale konferencyjne. Kolejna pieczątka w paszporcie i w ostatniej dosłownie chwili, gdzież słońce wysuszyło mnie na wiór, butelka niegazowanej Cisowianki. Przy sklepie zjadam śniadanie i obrzeżami puszczy Zielonka ruszam w stronę Dąbrówki. Wioski przedzielone polami, lasy, znowu ciągnące się równiny pól obsianych złotą pszenicą. Uwijają się skowronki. Wioski jakby wymarłe. Spotkać człowieka który mógłby wskazać drogę graniczy prawie z cudem.

I tak oto szedłem, słońce przygrzewało, koszulka ciemniała od potu. Gdy wreszcie zobaczyłem napis Dąbrówka Kościelna byłem przeszczęśliwy. Z euforii wyprowadził mnie napotkany starszy mężczyzna na rowerze. Do wioski jeszcze trochę, a do Rancza gdzie zamierzałem nocować drugie tyle.

Nareszcie wieża kościoła. Ucieszyłem się mając nadzieję na ujrzenie obrazu Matki Bożej.

Kiedy rozpoczynałem zbierać wizerunki koronowanych papieskimi koronami obrazów Madonny, proboszcz z Dąbrówki pierwszy odpowiedział na moją prośbę.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy zastałem zamknięte drzwi, żadnej informacji o odbywających się nabożeństwach. Trudno, poszedłem do pobliskiego sklepu i tam dowiedziawszy się o lokalizacji poczłapałem w kierunku Rancza w Dolinie.

Napotkany po drodze człowiek poinformował, iż powinienem wejść w trzecią drogę odbijającą z szosy w prawo w kierunku lasu. W jakim celu to zrobił, skoro dosłownie za parę metrów zobaczyłem drogowskaz kierujący, nie wiem.

Najważniejsze że doszedłem. Jutro następny etap, ale to dopiero jutro. Dwa olbrzymie kubki herbaty i prysznic postawiły mnie na nogi. Jeszcze rozmowa z ojcem właścicielki, mała przepierka. Podobno jutro ma padać.


Błądzenie w deszczu

6.07.2010

Dąbrówka Kościelna – Owińska

Przetoczył się grzmot ponad lasem. Pierwsze krople deszczu. Szum liści, a może spływającej wody. Wyjrzałem. Pies skulony drzemał na werandzie. Godzina właściwie też taka nieludzka.

Powoli, przełamując ból stawów i pleców rozpocząłem pakowanie. Musiałem sięgnąć po pelerynę, zabezpieczyć plecak. Po śniadaniu i modlitwie czas na wyjście.

Dolina żegna mnie deszczem i przesuwającymi się po nieboskłonie strzępkami czarnych chmur. Mijam po drodze figurkę Matki Bożej i kamień, symbol pamięci umieszczony tutaj przez syna, ojcu który zginął w Katyniu. O tym dowiedziałem się podczas wczorajszej rozmowy. Jest około 6,30 postanawiam wrócić w stronę wioski, licząc że może zastanę otwarty kościół. Nic z tego. Nie dane mi było Maryjo ujrzeć Twe Oblicze, nie dane mi było uklęknąć, trwać z Tobą choć przez krótką chwilę. Może innym,szczęśliwszym razem.

Wracam na szlak. Pogubiłem się zaraz na początku. Zamiast iść drogą, nie zbaczając nigdzie zasugerowałem się zdaniem w Przewodniku:„…z Dąbrówki Kościelnej wychodzimy prosto asfaltem, a potem leśną bitą drogą…” a przecież jest to przedłużenie asfaltu. Ja zaś skierowywałem się na leśną, po mojemu też bitą, drogę, żeby dopiero po około 3 kilometrach zorientować się że coś jest nie tak. A więc 6 kilometrów w plecy. Deszczyk padał, nie padał, potem zrobiła się ulewa. Doszedłem do Głęboczka, w Boduszewie w wiacie autobusowej, ukryty przed strugami spływającymi z góry, zjadłem śniadanie popijając mlekiem z kartonu. Murowana Goślina i znów zamknięty kościół.

Idę dalej. Muszelki zniknęły. Tu gdzie są konieczne nie ma ich wcale. I bądź człowieku mądry. Przyzywam na pomoc świętego Antoniego. O dziwo we trójkę z Aniołem Stróżem i świętym Jakubem zaczynają dawać sobie radę. Byle tak dalej. W lesie, korzystając z komórki, próbuję zaklepać sobie na pojutrze nocleg w Poznaniu. Niestety siostrzyczki zakonne tłumaczą się rodziną, a poza tym „nie jest pan kobietą”. Podobnie wymijające odpowiedzi otrzymuję od Pallotynów i Dominikanów.

Nie wierzę, żeby w klasztorach nie znalazło się pomieszczenie dla jednego pielgrzyma, miska wody do umycia i jakikolwiek kąt do spania. Dysponuję swoim śpiworem, karimatą. Ela, moja żona znów staje na wysokości zadania. Załatwia telefonicznie przyzwoitą kwaterę za przyzwoitą cenę. Podaje adres, telefon. Jeden problem z głowy.

I tak oto dotarłem na miejsce. Do budynku plebanii podprowadził mnie starszy człowiek, któremu zależało, abym nie błądził. Przyjęto mnie bardzo serdecznie. Pani pokazała pokój na pięterku, zrobiła herbatę, zaprosiła w imieniu proboszcza na kolację po wieczornej Mszy. Ze zgrozą odkryłem, że pojawiły się pierwsze bąble i to nie byle jakie, ulokowane dokładnie pod stopami. To dzisiejsze deszczowe obmycie i bąble, ukazały mi, że nie ma zwycięstwa bez cierpienia. No pain no glory jak powiedział na hiszpańskiej drodze napotkany Japończyk.

Wieczorna Msza święta. Dziękuję Bożej Opatrzności za pielgrzymowanie, świętym Jakubowi i Antoniemu oraz Aniołowi Stróżowi za opiekę. Dziękuję i proszę o dar dobrej, szczęśliwej Drogi.

Rozmowa z księdzem proboszczem. Na wyrażone przeze mnie oburzenie zamknięcia świątyni w Dąbrówce odpowiedział, że miejscowi doskonale się orientują, obcy zaś przechodzą tak rzadko. To prawda, ale przecież jest to maryjne sanktuarium wpisane na mapę polskich szlaków pielgrzymkowych. Pokazałem mu zapis drogi księdza Mojżeszki który chciał odprawić tam Mszę świętą i również odszedł z kwitkiem. Obiecał pomówić o tym z proboszczem.

Ksiądz informuje, że od czasu otwarcia drogi Wielkopolskiej jestem dopiero chyba 5 pielgrzymem który zatrzymuje się u niego na nocleg. Dwa dni wcześniej gościł jakiegoś starszego Szwajcara który wędruje do Santiago.

Święty Jakubie miej go w swojej opiece. Miej w opiece wszystkich, dla których droga łączy się z Twoim kultem.

Na plebanii zatrzęsienie kotów. Całą noc drapały w drzwi mojego pokoju. Jakie miały zamiary, nie wiem.


Czas w kamień zamknięty

Owińska – Poznań

Wstałem o 4 rano. Lubię te poranne zrywania się ze snu, kiedy słońce dopiero zastanawia się jak rozpocząć dzień. W kuchni, w towarzystwie bardzo nieufnych kotów, zjadłem śniadanie, potem modlitwa na rozpoczęcie dnia i cicho, cichutko aby nie zbudzić domowników, opuściłem gościnną plebanię.

Właściwie postanowiłem dać odpoczynek muszlom i Jakubowi. Nie poszedłem w stronę Dziewiczej Góry, kierując się bezpośrednio do Poznania. Ruch o tej porze dnia był na tyle przyzwoity, iż mogłem pozwolić sobie na spokojne wędrowanie wzdłuż szosy. O godzinie 8 znalazłem się już na Ostrowiu Tumskim, gdzie w katedrze rozpoczynała się właśnie Msza święta. Poranna modlitwa, Eucharystia i perspektywa całego wolnego dnia sprawiły, że poczułem przypływ nowych sił i nawet piekące stopy nie mąciły radosnego nastroju.

A stopy faktycznie coraz bardziej zaczęły dawać się we znaki. I pomyśleć, miesiąc wędrowania w Hiszpanii bez jednego bąbelka. Ale tam był za to uszkodzone kolano. Widać tutaj miała być odmiana. Posiedziałem na jakimś ryneczku zajadając kupione drożdżówki. Poprzyglądałem się kwiatom, ludziom.

Poznań, szczerze mówiąc, trochę mnie rozczarował. Rynek niby ładny, nowoczesny, zrobił na mnie wrażenie zagraconego. O wiele bardziej podoba mi się ratusz w Krakowie. Przynajmniej nie jest taki upstrzony. Za to na Ostrowie Tumskim cofnąłem się w czasie. Potęga i majestat wypiętrzającej się katedry sprawiły, że poczułem się nic nie znaczącym wobec przemijania, małym, zwykłym człowieczkiem, któremu dano wycinek, odrobinę czasu do zagospodarowania, ukazując jednocześnie determinację i owoc pracy innych.

Odnalazłem most świętego Rocha a obok mały, skromny kościółek pod jego wezwaniem. Jutro od tego miejsca rozpocznę swoją pielgrzymkę by podążać dalej, na zachód. Na razie zrobiłem zakupy i wypytawszy o drogę pomaszerowałem w stronę hostelu – miejsca noclegowego. Dzień, choć ulgowy, odsłonił mi prawdę o moim wędrowaniu. Prawdę, tę fizyczną, ulokowaną w rozwijających się na podeszwach stóp wspaniałych pęcherzach. Poszła w ruch igła, polał się spirytus. Chwilowa ulga i nadzieja, że jutro będzie lepiej sprawiły, iż spałem głębokim, zdrowym snem strudzonego wędrowca.


Z Mistrzem w drodze

8.07.2010

Poznań – Żabno

Wyjście świtem tak bladym, że nawet ptaki ze zdumienia przecierały oczy. Szedłem promenadą nadwarciańską ciesząc się samotnością i ciszą.

Samotne pielgrzymowanie. Ileż dobrych owoców można zebrać kiedy niezaprzątnięty niczym umysł oscyluje wokół niezbadanych, niepojętych Tajemnic. Trwa wymiana myśli, krzyżują się wrażenia, lotem błyskawicy przebiegają słowa, niesłowa. Odpływa gdzieś tęsknota a jej miejsce zapełnia się nieokreślonym poczuciem Dobra, Piękna, Ciepła.

W różańcowej modlitwie sięgam Tajemnicy i wszystko nagle staje się dziwnie jasne i proste. Wędruję z Mistrzem, zrywam po drodze kłosy, sycę się Jego słowami. Jestem z Nim i nic złego nie może mi się przydarzyć.

Jeszcze przed wyjściem, dla wielu ludzi dziwnym był to moje samotne pielgrzymowanie. Dlaczego sam? - zapytywali, nie boisz się? Przecież we dwójkę zupełnie inaczej.

Odpowiadałem, iż wystarczy mi towarzystwo Anioła Stróża, świętego Jakuba. Teraz zaprosiłem jeszcze świętego Antoniego.

Skończyło się przejście promenadą, wszedłem na wąskie uliczki przedmieścia Poznania, by stąd udać się do Głuszyny, idąc wzdłuż znajdującego się tutaj lotniska.

Mogłem, tak sugeruje przewodnik, podjechać autobusem linii 58 zwłaszcza że trasa była przydługa i nieciekawa. Zaintrygowało mnie to lotnisko gdzie stacjonują samoloty F-16.

Zamiast lotniska był ściśle ogrodzony las i co jakiś czas pojawiające się tabliczki z informacją o terenie wojskowym. Nic nie startowało, nic nie lądowało a mnie szło się coraz lepiej.

Części pęcherzy pozbyłem się przekłuwając, część pękła w drodze.

Kościół świętego Jakuba w Poznaniu – Głuszynie. Obszedłem gmach dookoła nie wchodząc do środka z tej prostej przyczyny, że nie mam daru fizycznego przenikania przez ściany.

Skręciłem w stronę Daszewa i trochę się pogubiłem. Gdybym to ja wyznaczał szlak starałbym wczuć się w położenie wędrowca, dla którego to robię. Nic by nie stało na przeszkodzie by po 200, 300 metrach powtórzyć znak, umieścić jeszcze jedną dodatkową muszelkę, zwłaszcza w lesie, gdzie rozchodzą się drogi i wszystkie nikną pomiędzy gęstwiną drzew.

Żałowałem, że nie wziąłem ze sobą kompasu, mógłbym przynajmniej bezbłędnie określić kierunek. Napotkani ludzie kierowali mnie każdy w inną stronę. Wreszcie solidna interwencja Jakuba i Antoniego i znalazł się ten jeden, który bezbłędnie wyprowadził mnie z plątaniny i, o dziwo, znowu natknąłem się na muszelkę, którą z wielką radością uwieczniłem moim aparatem.

Minąłem Rogalinek nie zachodząc do Rogalina z jego słynnymi dębami.

Pielgrzymowanie powinno jednak różnić się czymś od zwiedzania, a poza tym musiałbym zboczyć z trasy około 3 kilometrów.

Nad Wartą, wzdłuż której przechodziłem, zalegały stosy worków z piaskiem. To pozostałość po majowych i czerwcowych powodziach.

Wszedłem w lasy przemieszczając się wzdłuż ogrodzonej części, terenów ujęcia wody dla Poznania. Miałem ominąć Mosinę ale znów znaki gdzieś odeszły. Trudno. Krok za krokiem, poboczem w miarę ruchliwej szosy, szedłem i szedłem, szedłem i szedłem, prosto i prosto, tak prosto, że horyzont niknął w przestrzeni nie napotkawszy na żadną przeszkodę. Miało być Żabno, zrobiło się Żabienko. Jeszcze trzy kilometry, poinformowała mnie panienka w sklepie chwaląc się „..a my w Żabnie mamy kościół pod wezwaniem świętego Jakuba…”, a ja właśnie tam szedłem. Grzało słoneczko, nogi zaczynały przypominać o sobie. Zatrzymał się samochód z którego wysiadła dość puszysta pani i dowiedziawszy się że jestem pielgrzymem na drodze świętego Jakuba (muszla na plecaku była widocznym tego znakiem) zakomunikowała swoją przynależność do Bractwa Jakubowego w Żabnie, zaproponowała podwiezienie, z czego nie skorzystałem.

I tak oto rozniosła się wieść po okolicy że kolejny pielgrzym dotarł do końca etapu.

O Żabnie w bardzo ciepłych słowach pisze w swoich wspomnieniach ksiądz Mojżeszko. Proboszcz Edmund, który go gościł, doszedł już do kresu swojej wędrówki.

Mnie dane było poznać obecnego gospodarza tej parafii księdza Waldemara, który również zajął się mną bardzo serdecznie.

Do swojej dyspozycji otrzymałem pomieszczenia domu parafialnego. Przygotowane posłanie, ciepła woda. Ksiądz zaprosił na Mszę świętą ,potem na kolację. Czegóż potrzeba więcej dla strudzonego ciała? Kąpiel, krótki odpoczynek, zabiegi likwidacyjno – pęcherzowe i to właściwie wszystko.

W pobliskim sklepiku zrobiłem niezbędne zakupy. Dowiedziałem się, że pielgrzymka do Ostrej Bramy już rozkręcona na dobre, minęła Banie Mazurskie.

Zamyśliłem się wspominając dziesięć, lub więcej tych wędrówek. Jakże różni się tamto wędrowanie od tego przeżywanego w samotności. Oni tam, żyją w swoim świecie. Przyjaźnie, animozje. Tutaj mogę być zły tylko na siebie. Przed samym sobą się nie obgadam. Jestem sam ze swoimi wzlotami, upadkami. Nie ma siostry która przebije pęcherze, opatrzy stopy. Tam dzieje się tak wiele, tutaj cisza.

Mały, drewniany kościółek. Tyle w nim ciepła, przytulności. Tutaj modlitwy otrzymują swój dodatkowy żar, który wybuchnie czystym płomieniem przed tronem Najwyższego.

W zdumieniu dostrzegłem po obu stronach ołtarza dwie jednakowe ambony. Czyżby tutaj kazania głoszone były jednocześnie przez dwójkę kaznodziejów? Okazało się później, że jedna z tych „ambon” jest chrzcielnicą, zresztą nieużywaną ze względu na swoją niepraktyczność.

Na początku Mszy, ksiądz Waldemar powitał mnie bardzo ciepło, zapewniając o wsparciu modlitewnym, czego dał wyraz w czasie sprawowanej Ofiary. Po zakończeniu, pan, będący tymczasowym zakrystianinem poprosił o pozwolenie zrobienia mojej fotografii celem zamieszczenia jej w kronice Bractwa Jakubowego. Okazał się, że miał już ze sobą aparat. Na tle tablicy z godłem Bractwa zostałem uwieczniony, jako jeden z podążających tym pielgrzymim szlakiem. Potem dokonałem jeszcze wpisu do księgi pamiątkowej.

Pora na kolację, Ksiądz Waldemar zachęcał gorąco mówiąc, że specjalnie dzisiaj zrezygnował z obiadu czekając na zjedzenie w moim towarzystwie wspaniałego makaronu z gulaszem. Było wyborne ciasto, kawa, herbata, wino. Trudno w tak krótkim czasie przekazać wiele. Popłynęła rozmowa o parafii, pielgrzymowaniu, zakończonych wyborach, trwających mistrzostwach świata w piłce nożnej.

Usłyszałem historię pątnika podążającego dwa dni przede mną i idącego do Santiago de Compostela. To 75-letni Szwajcar, architekt, który już kilkakrotnie, wespół z żoną, pielgrzymował w Hiszpanii. Po jej śmierci (umarła będąc w drodze) samotnie kontynuuje swoje camino. Tym razem zdecydował się wyruszyć z Polski.

Przyszedł czas pożegnania. Podziękowałem serdecznie przemiłemu Gospodarzowi, pani Weronice, jutrzejszej solenizantce złożyłem życzenia i podziękowałem za wspaniały posiłek. Ksiądz odprowadził mnie do domu parafialnego informując o pracach które należałoby w nim poczynić.

I tak oto zakończył się kolejny dzień pielgrzymowania, noc stała niecierpliwa, czekając by utulić welonem czerni rozgrzaną, dyszącą upałem ziemię i dać jej trochę ożywczego chłodu przed dniem następnym, przed nowym.


W stronę lasu

Żabno – Lubiń

Zgodnie z umową klucz powędrował do skrzynki na listy, ja w stronę czerniejącego na horyzoncie boru. Wstawał nowy dzień.

Las na wpół uśpiony wpółdrzemiący, wyciszony ciszą z pogranicza wieczności. Było zamyślenie, zamodlenie. Była cisza nasycona życiem, oddechem przyrody, wielkością, majestatem, czymś, czego nie da się opisać słowami. Rozhuśtane na gałęziach promienie słońca ożywiały zieleń wydobywając z cieni i półcieni iskierki, iskry radosnych tęczowych kolorów. Stwórca po raz kolejny stwarzał piękno, po raz kolejny i kolejny ukazywał Moc czynienia z przemijających ulotnych wrażeń pełni swojego oddania dla ludzi, pełni Miłości.

Leśne polany ożywały w promieniach wschodzącego słońca. Spłoszone sarenki śmiesznie uciekając przystawały ciekawie zwracając głowy w moją stronę. Szło mi się wyśmienicie. Bractwo świętego Jakuba z Żabna postarało się by szlak został należycie oznakowany. Muszelki tam gdzie trzeba. Podnoszę wzrok i już dostrzegam charakterystyczną białą muszlę z czerwonym krzyżem.

Za chwilę następna na przedłużeniu drogi, tam gdzie powinna być.

Ten sielankowy opis nie byłby pełen gdyby zabrakło w nim jeszcze jednej, dodatkowej„przyjemności”

To stada, watahy atakujących komarów, które wiedzione instynktem, krwiożerczych zapędów rzucały się tnąc, gryząc, brzęcząc. Jedynym ratunkiem, oprócz oganiania się, było jak najszybsze opuszczenie lasu. Na rozległej przestrzeni znikały oszołomione gorącymi promieniami słońca. Za to ja zwalniałem rozleniwiony i zmęczony walką.

Dzisiejszy cel mojej podróży to miasteczko Lubiń z górującą nad nim wieżą starego, benedyktyńskiego klasztoru, w którym to zaplanowałem był nocleg. Nogi doskwierają na całego. Z każdym krokiem czuję jakbym stąpał po rozżarzonych igłach albo gwoździach, koszulka mokra od potu. Wieża przybliża się i oddala.

W palących promieniach słońca doświadczam zjawiska w rodzaju fatamorgany. Horyzont pływa i ja wraz z nim zaczynam się kołysać. Jak w takiej chwili wykrzesać siły na modlitwę?

Panie Jezu Chryste zmiłuj się.

Wystarczy.

Wchodzę w rytm modlitwy Jezusowej. Tutaj, tak samo jak wtedy w Hiszpanii ,przychodzi wyciszenie. Droga przestaje się dłużyć, upał dokuczać. I tylko tam, wzrok wędrując przed siebie napotykał -przeszkody w postaci gór, tutaj przestrzenie nieogarnione, tutaj do Boga nie wyżej ale jakby dalej.

Wreszcie miasteczko. Solidny stary mur otacza olbrzymią budowlę. Klasztor wraz z przybudówkami wydaje się być wielkim, potężnym monumentem. Braciszek, któremu o tym mówiłem śmiejąc się odpowiedział, że Tyniec przewyższa wielkością te zabudowania. Niemniej jednak wnętrze kościoła na pewno jest większe i przestronniejsze niż w Tyńcu.

Dostaję pojedynczą celę, zaproszenie na klasztorną zupę. Zrzucam plecak, ściągam buty. Na razie nie mam siły na nic więcej. Położyć się i odpocząć. I tylko tyle. Potem kąpiel,przekłuwanie kolejnych pęcherzy, zakupy w mieście, wieczorna Eucharystia i noc gorąca i rozpalona.

Mój pokoik znajdował się na poddaszu wystawionym na całodzienne działanie słońca. Noc nie przyniosła chłodu, a wraz z paroma nieznośnymi komarami, odpowiedniego wypoczynku. Przy kresie mijającego dnia pożegnałem do jutra Anioła Stróża, świętych Jakuba i Antoniego. Trudny dzień. Ciekaw jestem jak Oni go przeżyli.


Kanonada w sadach

10.07.2010

Lubiń – Leszno

choć lękam się ciemnej doliny
nie wypłynę na głęboką wodę
jak nie przyjąć Twego zaproszenia?
idę
oto idę

O 5 rano obudziłem zaspanego braciszka benedyktyna, który życząc mi dobrej drogi szybko zniknął w czeluściach klasztoru zapewne na „dospanie”

A mnie już było pilno, a mnie już gnało dalej. Dzisiejszym celem mojej wędrówki miało być Leszno. Nocleg już załatwiony.

Dzwoniąc dwa dni temu pod podany w przewodniku numer otrzymałem odmowną odpowiedź. Pan poinformował, że wszystkie miejsca są zajęte, przeprosił, i na tym się skończyło. Stanąłem przed kolejnym problemem, zastanawiając się czy nie skorzystać z pomocy żony Elżbiety, podobnie jak to miało miejsce w Poznaniu. Wykonałem nawet telefon, ale w tym czasie zadzwonił ten pan, informując, że znalazł dla mnie miejsce w pobliskiej szkole. Zapisał nazwisko obiecując przekazać je kierowniczce.

I tak dzięki jego życzliwości i bezinteresowności problem rozwiązał się sam. Podejrzewam w tym interwencję moich Opiekunów.

Dzisiejsza droga prowadziła głównie mało uczęszczanymi szosami. Rozdeptałem stopy, na razie nie było upału, szło się wyśmienicie. Moje różańcowe rozmyślania przerywała kanonada wystrzałów, im dalej tym częstsza i donośniejsza. Do tego dochodziły jeszcze inne dziwne odgłosy w rodzaju gwizdów, uderzeń dzwonów i temu podobne Z zaciekawieniem spostrzegłem,że były to odstraszacze na ptaki grasujące w czereśniowych sadach ciągnących się na przestrzeni kilometrów. I tak tajemnice odkrywane w różańcowej modlitwie nakładały się na ludzkie problemy, ludzkie zmagania. W tym wszystkim najbardziej poszkodowane miały być ptaki, ale myślę, że i one wyszły na swoje.

W napotkanym po drodze sklepiku zakupiłem litr pysznego, zimnego mleka, do tego drożdżówki. Czyż można wyobrazić sobie lepsze śniadanie? Przysiadłem w autobusowej wiacie, zrzuciłem plecak, zdjąłem buty.

Jak dobrze jest wędrować, kiedy się odpoczywa. Ale wszystko co piękne szybko się kończy. Znowu buty, znowu plecak i znowu pierwsze palące ogniem kroki. A słoneczko wysoko, a do domu daleko, oj daleko. Ktoś, kto obserwował mnie z boku z pewnością musiał być zdziwiony widząc niezdarne, ostrożne stąpanie i musiał zastanawiać się jak doszedłem, jak pójdę. Wystarczyło 50, 100 metrów i nabierałem właściwego rytmu przełamując ból i deptając to co narosło w butach.

Minąłem Świerczynę, Osieczną. W Osiecznej podziwiałem wiatraki-koźlaki, charakterystyczne dla tego regionu budowle. Potem chyba z 10 kilometrów ścieżką rowerową wzdłuż szosy i wreszcie przedmieścia Leszna, uroczego, zielonego miasteczka. Tutaj postanowiłem kupić sobie sandały licząc na zasadniczą odmianę. Była sobota, sklepy otwarte do 14.

Właściwie pojawiła się tylko jedna zasadnicza przeszkoda. Jak przymierzyć. Gdybym zdjął mojego buta i próbował na ociekającą potem skarpetkę i nie pachnącą apetycznie stopę nałożyć sandał wystraszyłbym wszystkich, łącznie ze sprzedawcą. Nowych skarpet nie chciało mi się szukać.

Nic z tego nie wyszło. Może następnym razem w innej miejscowości. Odnalazłem międzyszkolną bursę. Czkał na mnie przygotowany pokój. Prysznic, kolejne przekłuwanie, pranie. I tak oto minął kolejny dzień.

Jeszcze jedno wyjście do miasta. Wieczorna Msza święta w kościele pod wezwaniem świętego Mikołaja, na której sprawowany był obrzęd chrztu, kolejna pieczątka w paszporcie.

W kościele świętego Mikołaja trwała całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu. Dobrze było przed Panem,w ciszy, zanurzyć się w modlitwę. Potrzebna była ta godzina spędzona tak blisko Tajemnicy. Dziękowałem, wielbiłem, prosiłem. Prosiłem za bliskimi, za tymi którzy mnie wspierali, którzy codziennie duchowo mi towarzyszyli. Za moimi najbliższymi i tymi pomagającymi mi podczas drogi, przygotowującymi noclegi, wskazującymi właściwy kierunek.

Wracając na miejsce odpoczynku wstąpiłem na pyszne, przepyszne lody. Szkoda że nie mogłem poczęstować mojego Anioła Stróża, jednakże myślę, że anioły mają swoje, sprawdzone sposoby by uszczknąć coś z ziemskich smakołyków. Zasypiając, pomyślałem o zerwaniu jutro ziela „babki” i wsunięciu go do skarpetek. Może pomoże.


Prosta droga do nieba

11.07.2010

Leszno – Wschowa

Troszeczkę dzisiaj zaspałem. Być może dlatego, że to niedziela. Faktem jest, iż obudziłem się dziesięć minut później niż zaplanowałem. Budzenie przebiega u mnie w sposób naturalny, nie wymuszony sztucznymi dopalaczami. Po prostu wieczorem ustalam o której mam wstać, i wstaję.

Tak jest od lat.

Pokręciłem się po pokoju, spakowałem, pomodliłem i potem wydostawszy na zewnątrz, ruszyłem raźno w stronę długiego, długiego wiaduktu który wyprowadził mnie na peryferie miasta. Minąłem wznoszące się budowle aqua parku. Przyczepił się tutaj młody pijany człowiek żądając pieniędzy na piwo. Byłem konsekwentny, zresztą mój Anioł Stróż też, tak więc odszedł z niczym, ja zaś pomaszerowałem uliczką pomiędzy kolonią domków jednorodzinnych.

Górą towarzyszył mi szybowiec który później obniżył lot by na rozległym błoniu, po mojej lewej stronie, wylądować. Był to chyba motoszybowiec, gdyż po chwili znowu, przy warkocie silnika wzbił się w powietrze a po chwili płynął majestatycznie w ciszy poranka.

Szlak którym teraz szedłem przebiega dokładnie w tym miejscu, gdzie znajdował się trakt którym cesarz Otto III w 1000 roku wraz z Bolesławem Chrobrym udawał się na pielgrzymkę do grobu świętego Wojciecha. Wtedy z pewnością szumiała tu puszcza. Woje odziani w skóry z przewieszonymi na plecach łukami, dzidami w dłoniach penetrowali dzikie ostępy, ochraniali cesarza, dmąc od czasu do czasu w rogi, że droga wolna i bezpieczna.

Dzisiaj niebezpieczeństwo zagraża tylko od ludzi, czasami od wałęsających się psów. Ale droga nie skróciła się przecież, wciąż ta sama, o czym wie każdy wędrowiec przemierzający ją swoimi nogami.

Wszedłem w lasy. Im dalej w las tym więcej drzew i bardziej dziko i tajemniczo. Większa cisza, przylgnięcie do natury. Znowu sarenki, śpiewy ptaków, bzyczenie komarów. Muszelki były, albo ich nie było. Święty Antoni starał się jak mógł więc ani razu się nie zgubiłem. Dotarłem na skraj wsi Trzebiny, gdzie w cieniu wielkiego starego dębu, nieopodal krzyża, postanowiłem odpocząć. Zająłem się przygotowaniem śniadania pozbywszy się wcześniej butów i skarpetek. Było cicho, bezludnie. Dziwna rzecz. Zauważyłem, mijając wioski i miasteczka bardzo mały ruch wewnątrzosiedlowy. Zdarzało mi się przejść przez wioskę nie napotkawszy żadnego człowieka. A przecież ci ludzie gdzieś musieli być, dzieci gdzieś musiały się bawić.

Nie mówię o godzinach porannych, ale tych normalnych, kiedy większość oddaje się codziennym zajęciom. Tym razem pojawiła się dwójka młodych ludzi wracających widocznie z dyskoteki. Zdziwili się na mój widok. - modli się pan pod krzyżem ? zapytała ze śmiechem dziewczyna. To było wszystko. Powróciłem do przerwanego śniadania, potem narwałem świeżych liści babki i ulokowawszy je w skarpetach zadowolony zasznurowałem moje markowe Scarpy, ciesząc się z luksusu dla moich poranionych stóp.

I znowu naprzód. Droga tak prosta, że sięga poza niebo.

Czy w pełni jesteśmy świadomi tego co robimy i czy to nam wystarczy? Na szczyt można dostać się korzystając z kolejki linowej, można też wejść pieszo. Która opcja jest lepsza? Widok ze szczytu ten sam. Pozostaje tylko wewnętrzny niedosyt niespełnienia, lub satysfakcja zdobycia. Niedosyt można stłumić. Zwycięstwo często okupione jest bólem.

I oto Wschowa. Miasteczko w którym dzisiaj postanowiłem się zatrzymać. Jestem już w rynku, przysiadam na schodkach, zrzucam plecak. Przechodzącego starszego człowieka pytam o drogę do Ośrodka Sportu i Rekreacji, gdzie zamierzam spędzić kolejną noc. Niestety, wczoraj znowu spotkałem się z odmową udzielenia mi noclegu przez Zakon Braci Mniejszych Franciszkanów. Mężczyzna tłumaczy, pokazuje. Rozgadał się na całego. W międzyczasie zdążyłem dowiedzieć się, że był maszynistą, jest repatriantem a w ośrodku pracuje jego znajomy.

Pełen zdziwienia i niedowierzania patrzy na mnie kiedy ja z kolei raczę go opowiadaniem o moim wędrowaniu.

Żar leje się z nieba, stopy palą ogniem. Zrywam się raźno. Do przejścia pozostał około jednego kilometra, a więc tyle co nic.

Według mojego rozeznania odległość do 30 kilometrów to blisko, nie ma o czym mówić, powyżej, to dalej, ale też do przejścia. Zdumienie pojawiało się na twarzach napotkanych ludzi, kiedy pytając o drogę dowiadywałem się, że jest to około 15, 20 kilometrów i z niezmąconym spokojem odpowiadałem, że to całkiem blisko. Chociaż, przyznać muszę, że ostatnie kilometry, zwłaszcza poboczem szosy, w upale, potrafią dłużyć się niemiłosiernie.

Na przełaj przez park, potem obok supermarketu NETTO, przez szosę, ścieżką wzdłuż ogrodzenia i oto już pojawia się boisko do piłki nożnej i basen pełen spragnionych kąpieli ludzi, oraz zabudowania Ośrodka.

Poinformowany portier wręcza mi klucz od szatni dla zawodników. Pełny komfort z prysznicami, ławeczkami. Wieszaków też nie brakuje. Łączę dwie ławeczki, rozkładam karimatę, śpiwór. Mam gotowe spanie. Kąpiel też, o jakiej można marzyć wędrując w upale. Znowu codzienne zabiegi przy nogach. Igła, stara wysłużona, znowu w użyciu. Ulgę przynosi chłodna woda i odpoczynek. Przede mną całe popołudnie rozkosznego leniuchowania. A i nogi przez ten czas się podgoją. Na krzesełkach trybun w pełnym słońcu rozwieszam wyprane skarpety, koszulkę. Za godzinę będą suche. Jak w Hiszpanii.

Jutrzejszy nocleg mam już zaklepany u Cichych Pracowników Krzyża w Głogowie. Teraz próbuję dodzwonić się do Mekki polskich szlaków Jakubowych, do Jakubowa. Na moje grzeczne zapytanie o nocleg otrzymuję niegrzeczną odpowiedź z plebanii, dokąd się dodzwoniłem. W przewodniku pod tym numerem widnieje nazwisko pana, który jest głównym inicjatorem i opiekunem Bractwa Jakubowego. Podejrzewam, że telefon odebrał ksiądz proboszcz, któremu, być może, przeszkodziłem w spożywaniu obiadu lub popołudniowej sjeście.

Na razie sprawę pozostawiam swojemu biegowi. Święty Jakub z pewnością coś wymyśli. Do grona moich świętych awaryjnych włączyłem również Ritę i ojca Pio. W takim towarzystwie jestem pewien, że mogę pokusić się w podróż dookoła świata, oczywiście na piechotę.

Dwukrotnie, czy nawet trzykrotnie, odświeżony wyruszam w stronę miasta by wstąpić do sklepu, rozeznać drogę wyjścia i przede wszystkim uczestniczyć w sprawowaniu Eucharystii. Przecież dzisiaj niedziela. Wiem już którędy wyjdę, skracając nieznacznie dystans, zaopatrzyłem się również w świeżą niegazowaną wodę. Na Mszę świętą również dotarłem do świątyni pod wezwaniem świętego Stanisława biskupa. Po Mszy, pierwszym zapytaniem kapłana w zakrystii, do którego zwróciłem się z prośbą o pieczątkę w paszporcie, było czy mam nocleg. Miłe to i jakieś budujące, zwłaszcza po odmowach ze strony tych, od których nie należało się tego spodziewać.

Napotkani w okolicy basenu chłopcy wdają się ze mną w rozmowę i z wielkim zaciekawieniem słuchają mojej opowieści. Dostrzegam, w ich oczach zapalające się iskierki przeżycia przygody na maxa. Może za parę lat zainspirowani tą rozmową wezmą plecak, przypną muszlę, wyruszą.

Kolejna noc gorąca i twarda. Szczeble ławeczek uwierają, ale co tam, ważne że nogi odpoczywają.


Zwykłe, dziwne spotkania

12.07.2010

Wschowa – Głogów

Wielce zdziwiony był portier (kolejna zmiana) wypuszczający mnie o 5 rano. Nic nie wiedział o moim pobycie na terenie Ośrodka. Nieświadomość czasami bywa lepsza od złej wiedzy. Szybko dotarłem na przedmieścia a potem pomknąłem dalej w stronę czerniejących na horyzoncie borów. Obawiałem się trochę tego przejścia lasami, z dala od siedzib ludzkich. Obawiałem się nie tyle pobłądzenia, zawsze gdzieś się przecież wyjdzie, co nabijania dodatkowych, zbędnych, kilometrów. Pisałem o wymarłych pustych wioskach przez które przechodziłem. Spotkać człowieka w lesie, o rannej porze graniczyło wręcz z cudem.

A jednak takie cuda się zdarzały. Rozwidlenie dróg pożarowych w środku lasu. Zniknęły gdzieś muszelki. Kierunek w lewo? W prawo? Święty Antoni, co Ty na to? Nie do wiary, ale nagle słychać warkot silnika i z lasu wyłania się samochód terenowy. Rozmowa, wyjaśnienie, szczęśliwej drogi…i już zniknął w gęstwinie drzew. Pracownik obsługujący urządzenia gazowe, ale czy tylko? Po kilkuset metrach znajoma muszla na drzewie.

Z chęcią bym ją pogłaskał. Szkoda że tak wysoko.

Powracam myślami do Hiszpanii. Jednemu z rozdziałów moich wspomnień dałem tytuł „Pustą samotną drogą”.Tam jednak idąc, zawsze można było kogoś wyprzedzić, lub być wyprzedzonym. Tam droga żyła, deptana codziennie stopami wielu. Tutaj, można przewędrować cały dzień i nie napotkać żywej duszy. Dużo wody musi upłynąć, aby choć trochę pod względem liczebności przybliżyć się do hiszpańskich szlaków. A może niech tak pozostanie. Niech ta Droga będzie naprawdę pustą i samotną, bo wtedy w sercu człowieka coś zaczyna śpiewać, bo wtedy ciężar win jakby maleje, znika, rozpływa się w głębinach Miłosierdzia.

Napotykani na szlaku ludzie z ciekawością wszczynają rozmowy, dziwią się, czasami uśmiechają z politowaniem. W jednym z wiejskich sklepików ekspedientka z zazdrością patrzyła na mnie mówiąc, że ona też by wyruszyła zostawiając wszystko. Na razie prosiła, bym pomodlił się za nią w intencji otrzymania wcześniejszej emerytury.

Lasy śpiewające, lasy wyciszone, lasy dyszące w palących promieniach słońca. I choć były w nich komary, przed którymi teraz nacierałem się specjalnie zakupionym żelem, to jednak wchodziłem w nie z radością.

Dawały cień, ulgę dla rozgrzanego ciała. Powierzchnie leśnych traktów, bez palącego asfaltu, przynosiły odpoczynek zbolałym, rozpalonym stopom.

Dobrze wędrowało się lasami w rytm Jezusowej modlitwy serca. W tej naturalnej świątyni wypełnionej wonią przeróżnych zapachów czuło się obecność Tego do Którego należało to wszystko.

Spoglądałem pod stopy, uważając, by nie rozdeptać wędrujących ślimaków i mrówek. One też mają swoją drogę którą zmierzają i zbrodnią byłoby im ja przerwać.

Skończyły się lasy, droga zmierzała w kierunku wioski, aby potem wyprowadzić na wały przeciwpowodziowe Odry. W towarzystwie chłopca goniącego stado krów na nadodrzańskie błonia dotarłem do wałów. Pozostał jeszcze odcinek może 10 kilometrów drogi, prosto do Głogowa.

Było jak w tropikach. Szedłem i szedłem czując, że rozpływam się, roztapiam. Poniżej wałów ścieżka. Trochę lepiej. Zatęskniłem za chłodnymi dniami, przystałbym nawet na mały deszczyk. Nic z tego. Nawet modlitwa wymykała się spod kontroli rozpalanego żarem umysłu.

Niech to wędrowanie będzie modlitwę, niech ból i żar będą uwielbieniem. Tylko tyle dzisiaj mogę Ci dać Panie.

Dobrze, że we wspomnieniach księdza Mojżeszko wyczytałem gdzie znajduje się Dom do którego zamierzałem dotrzeć. Bez szukania dotarłem na miejsce. Zajęto się mną z iście samarytańską gościnnością. Tak niewiele potrzeba by poczuć się szczęśliwym.

Ksiądz Szymko, przewodnik Warmińskiej pieszej Pielgrzymki do Ostrej Bramy powtarzał, że pielgrzym potrzebuje tylko miski wody do obmycia i kąta do spania. To takie nic, a jednak tak wiele. Ja dodałbym, że jeszcze odrobiny ludzkiej życzliwości i uśmiechu. Otrzymałem tę życzliwość, otrzymałem uśmiech plus zaproszenie na obiad i kolację.

Przez most w kolorze wrzosu, odświeżony, najedzony, skierowałem się w stronę miasta z postanowieniem kupna sandałów oraz odwiedzenia apteki i skorzystania z usług bankomatu. Przy okazji przyglądałem się miastu podziwiając architekturę starych budowli. Każde z tych miast i miasteczek przez które przechodziłem ma własny, niepowtarzalny klimat.

W każdym jest coś, co różni je od sąsiedniego, czy to park, promenada, czy… most w kolorze wrzosów.

Zakupy poczynione. W sklepie ze skarpetami uciąłem sobie dłuższą rozmowę z panem sprzedającym. Wypytywał, dziwił się. Ten sposób spędzania wolnego czasu budzi zaciekawienie, wyzwala podświadomą tęsknotę za przeżyciem czegoś podobnego. Tak naprawdę to wszyscy jesteśmy pielgrzymami i każdemu jego własna, przeznaczona do celu droga. Moim celem w tej wędrówce jest Zgorzelec. A potem? Kto wie…

Wieczorna Msza święta w domowej kaplicy. Chorzy na wózkach, ich opiekunowie. Odbywają się tutaj jakieś rekolekcje, dni skupienia dla wolontariuszy i ich podopiecznych. Niektórzy z wolontariuszy to młodzi ludzie z tatuażami, kolczykami, widać że o bujnej przeszłości. Jak znaleźli się tutaj? Jakimi drogami Pan ich doprowadził?

Dzisiejsza Ewangelia mówi o podaniu kubka wody potrzebującym. Nic dodać, nic ująć.

Doświadczyłem dziś trudów, doświadczyłem życzliwości. Doświadczyłem wielkości Stwórcy i Jego niezgłębionej tajemnicy Miłości. Czas, pozbyć się skorupy pychy, złości, fałszu i zakłamania. Czas zrzucić brzemię otaczającego świata, stać się ziarnem, które Pan wrzuci, aby wydało, choćby tylko dziesięciokrotny plon.


Jakubów i… „wielkie biedy”

13.07.2010

Głogów – Polkowice

Łóżko skrzypiało przy każdym najmniejszym poruszeniu. Z ulgą opuściłem je o zwykłej, pielgrzymkowej porze.

Dziś do przejścia „trochę dalej”, około 40 kilometrów. Przytroczyłem buty do plecaka, założyłem sandały. Śniadanie, modlitwa i w drogę.

Po raz ostatni most w kolorze wrzosów. Moim pierwszym etapem dzisiaj miał być Jakubów. Wychodzę z miasta Bramą Brzostowską, mijam kompleks zabudowań o.o. Redemptorystów, dawnych opiekunów parafii świętego Jakuba w Jakubowie. Kurowice, Łagoszów Mały, „buczyna Jakubowska”. Sandały na asfalcie spełniały swoje zadanie, gorzej było na szutrowych i żwirowych drogach, a że takich było więcej, więc wskoczyłem na powrót w moje markowe buty treakingowe.

I tak oto dotarłem do Jakubowa. Kościół zamknięty, plebania też. Wielka kolorowa mapa z krzyżującymi się szlakami. Drogowskaz informuje, że do przejścia do Santiago pozostało tylko 3303 kilometry. Mekka polskich szlaków Jakubowych rozczarowała mnie zupełnie. Pokusiłem się nawet o pójście do domu głównego opiekuna, którego nazwisko wymienione jest w Przewodniku. Odbiłem się od parkanu obszczekany przez wielkiego, czarnego psa, który czynił wysiłki przeskoczenia go.

W Hiszpanii, w niektórych miejscowościach, gdzie również nie było nikogo, w przedsionkach świątyń można było samemu wbić sobie pieczątkę do credencialu i odejść usatysfakcjonowanym. Tutaj, dużo szumu, bicia piany i nic poza tym. Nawet święty Jakub będzie omijał Jakubów z zażenowaniem, jeśli nic się nie zmieni.

Na razie ,w pobliskim sklepie, pani wbiła pieczątkę do mojego paszportu, czego świadkiem był sam sołtys.

Przeszedłem przez wieś, skręciłem w prawo na polną drogę i dalej, przed siebie. Muszę przyznać, że oznakowanie jest bardzo dobre. Oprócz muszelek pojawiają się żółte strzałki kierunkowe. Bez zaglądania do przewodnika można nawijać kolejne kilometry. Ale, nie chwalmy dnia przed zachodem słońca.

Lasy, pola,cisza. Obok mnie Anioł Stróż, święci Jakub i Antoni. Rozpędziłem nogi, zamyśliłem się, zamodliłem. Zamodliłem? Któż z ludzi pojmie taką modlitwę, jeśli nie doświadczy jej sam. To wielkie zdziwienie, kontemplowanie piękna. To radość widzenia, słyszenia, odczuwania każdym nerwem, łączenia się ze Stwórcą we wspaniałym procesie Tworzenia.

Wszystko co mnie otacza do Ciebie Panie należy.

Wszystko to powstało kiedyś w Twoim zamyśle i trwa nadal, odnawialne, odradzające się każdego roku o różnych porach.

Inaczej jest tutaj wiosną, kiedy, złocące się teraz łany, zielenią się pierwszymi nieśmiałymi kolorami. Inaczej jest jesienią, gdy królują brąz i ciemna czerwień. I zimą okrywającą wszystko, aż po horyzont nieskazitelną bielą. Dałeś mi tak wiele, a ja mogę dać Ci tylko tę wędrówkę, choć i tak przecież z Twojej łaski.

W głębi lasu spotykam dwójkę ludzi zrywających jagody. Chyba matka i syn. Kobieta chwali się, że jej syn pójdzie z pieszą pielgrzymką z Wrocławia na Jasną Górę. Ja z kolei opowiadam o swoim wędrowaniu do Ostrej Bramy. Młody człowiek beztrosko stwierdza, że przed nim jeszcze całe życie i z pewnością zdąży wszystkiego doświadczyć, wszystko zobaczyć. Zostawiłem ich w głębi lasu. Zamyśliłem się nad jego odpowiedzią, nad jego pewnością i przekonaniem, jakoby wszystko miało zależeć tylko od niego, od jego młodości, siły.

Gdy ma się lat dwadzieścia nie patrzy się w przyszłość, nie ma w człowieku pokory, uniżenia. Jest za to przekonanie o życiu które się należy, o braniu, o niezmąconym szczęściu na ziemi.

Rozmawiałem z Elą. Martwi się, chce żebym już wracał. W Krakowie pogoda podobna, bezchmurne niebo i żar pełnego słońca. Znowu we znaki dał się ból pokaleczonych, pokrytych pęcherzami stóp. Chyba nie dam rady. Wyszedłem z lasu. Znowu pogubiłem się nieco idąc w stronę przeciwną niż trzeba. Do przejścia pozostało około 10 kilometrów. I nagle te 10 kilometrów wydłużyły się do granic bólu, piekących stóp i osłabienia. Zadziałał rozsądek. Usłuchałem Eli, wsłuchałem się w swój organizm. Przystanek busików. Nie czekałem zbyt długo, i po kilku minutach już wysiadałem na dworcu autobusowym w Polkowicach, uboższy o 10 przebytych pieszo kilometrów.

Z tą chwilą przestałem być pielgrzymem, stałem się… sam nie wiem kim.

W czasach średniowiecza pielgrzymom z pewnością też pomagali inni, podróżujący konno lub wozami. Nie wierzę, aby nie korzystali oni z tego rodzaju udogodnień. Dzisiaj, w dobie telefonów komórkowych (nie chciałem ze sobą zabierać) trudno mówić o całkowitym wyjściu od progu domu, zerwaniu więzów. Jesteśmy bliżej siebie, odległość przestaje mieć znaczenie, żyjemy sprawami bliskich tak jak i oni żyją naszymi sprawami. To nowy styl pielgrzymowania, nowe wyzwania od których czasami chciałoby się uciec.

Po lewej stronie, na wzgórzu, pozostawiam miasto ze starą zabudową, kierując się w stronę Polkowic Dolnych, którędy zresztą przebiega szlak. Jutro będę miał do przejścia około 4 kilometrów mniej, za to dzisiaj, nałożywszy na gołe stopy sandały muszę pokonać tę odległość, więc człapię sobie wolniutko w stronę noclegu.

Nagle obok mnie zatrzymuje się objuczony rowerzysta. Pierwszy pielgrzym na szlaku świętego Jakuba. Wyruszył z Warszawy by na rowerze dotrzeć do Zgorzelca. Jesienią, chce zacząć w Zgorzelcu by dojechać do Pragi. Pytania, wrażenia. Robimy pamiątkowe zdjęcia i… buen camino.

Widzę domek z banerem informującym o pokojach do wynajęcia.

To tutaj. Gospodarz inkasuje 25 złotych, daje klucz i cały parter wyłącznie do mojej dyspozycji. Prysznic, pranie, zabiegi na stopach. Wybieram się do miasta ale wracam, gdyż zaczyna padać deszcz. Czyżby odmiana? Deszczyk popadał, postraszył, pranie na powrót wyniesione na zewnątrz. Ja straciłem ochotę na wyjście. Pomiędzy palcami przekłuwałem dzisiaj nowe pęcherze podeszłe krwawą wydzieliną. Przypuszczam, że jest to efekt zasypki przeciwpotnej którą potraktowałem nogi. Jedyna pociecha, że bardzo ładnie dawały się przekłuwać.

Pokój z pięcioma łóżkami, ja sam. Jutro rano klucz na werandę i w drogę. Anioł Stróż i święty Jakub już chyba nie gniewają się na mnie za to skorzystanie z transportu.


Dolnośląskie Bory

14.07.2010

Polkowice – Nowa Kuźnia

Za Sobinem trochę się pogubiłem. Muszelka była tak umieszczona, że nie wiadomo było: w lewo, czy w prawo. Poszedłem w lewo i wylądowałem w Jędrzychowie. To tylko około kilometra od trasy. Dlaczego nie zapytałem tego mężczyzny który przejeżdżał na rowerze?

Skorygowałem i wróciłem na szlak.

Przede mną Bory Dolnośląskie. Hektary lasów w których wiją się, krzyżują, setki dróg, traktów, dróżek, A każda gdzieś prowadzi, a tylko jedna do Zgorzelca.

Przewodnik wspomina o Pogorzeliskach. Wytyczony szlak wyraźnie omija tę miejscowość. Na leśne skrzyżowanie, na którym nie byłem pewien, podjechał traktor i wyjaśniłem sprawę. Widać święty Jakub trzymał rękę na pulsie.

W ogóle dzisiaj w borach ruch. Zbieracze jagód, drwale. Co krok spotykam jakiegoś przewodnika.

I tak oto dotarłem do Chocianowa. Siedzę sobie w działkowej altance racząc się śniadaniem. Skarpety i buty odpoczywają. Jest 8,30. Fotografuję motyla który uporczywie przysiada na mojej skarpecie. Czyżby jakiś wąchacz-narkoman?

Szybko minęła mi dzisiaj ta droga. Poranki zawsze bywają bardziej wydajne jeśli chodzi o przebyte kilometry. Stopy, dopóki nie są nagrzane mniej pieką i bolą. Żeby tak dzień składał się z samych poranków. W Chocianowie postanowiłem zdobyć pieczątkę do mojego paszportu. Na plebanii przemiły kapłan spełnił moją zachciankę. Mało tego. Pobłogosławił na dalszą drogę, życząc wytrwałości i zdrowia.

Pokrzepiony duchowo zawędrowałem do parku, wstąpiwszy uprzednio do supermarketu. Mleko, drożdżówki, długi odpoczynek z krótką drzemką i w drogę.

Przede mną jeszcze około 5 kilometrów tzw. Torfolinią do miejscowości Nowa Kuźnia, gdzie, acz niechętnie, przyobiecano mi nocleg. Wszystko miało wyjaśnić się na miejscu.

W gąszczu, wzdłuż ciągnącego się rowu, a może rzeczki? Szedłem i szedłem mając ścianę lasu po lewej i prawej stronie.

I oto wyłoniły się jakieś zabudowania, droga zmieniła się w asfaltową szosę, minąłem olbrzymią fermę kurzą skąd rozbrzmiewało zgodne pianie tysięcy kogutów i dostrzegłem wśród zieleni wieżę małego kościółka.

Po przeciwnej stronie na ławeczce przed domem siedziały dwie kobiety. Jedna z nich, zobaczywszy mnie podeszła do furtki. Przedstawiłem się, i zasmuciłem, gdyż reakcja kobiety nie była zbyt miła. U nas nie ma żadnych warunków do spania. W przewodniku nasze nazwisko i telefon znalazły się tylko przez czysty przypadek. Temu podobne,zdecydowane słowa stawały murem pomiędzy nami. Niech pan idzie do sołtysa.

Nie wiem skąd przyszło mi na myśl nazwisko księdza Mojżeszko. Pani natychmiast zmieniła front pytając o naszą znajomość, czemu, ku wielkiemu zmartwieniu musiałem zaprzeczyć Miałem wszak książeczkę- przewodnik księdza. O my mamy taki sam. Ksiądz Andrzej przysłał nam zimą. Lody zostały przełamane.

Pani Halina zaprowadziła mnie do przykościelnej salki. Ławki, drewniana podłoga, jakiś dywan. Czy trzeba czegoś więcej? Brak światła? Jakiż problem w letni wieczór. Studnia na pompę w obejściach kościoła. Może pan zostać, później pokażę panu wnętrze świątyni. Niech pan przyjdzie coś zjeść, gotuje się przecież zawsze więcej, nie zabraknie. Pani Halina wytłumaczyła, jak doszło do umieszczenia ich telefonu i nazwiska w przewodniku. Ot, po prostu, pewnego dnia przyjechał ksiądz z jakimś panem, poinformowali o wytyczonym szlaku, poprosili o telefon. A potem zaczęły się perypetie z przechodzącymi pielgrzymami.

Ciekawie wyglądała historia z księdzem Andrzejem. Zadzwonił, przedstawił się jako duchowny. Z początku dosyć nieufnie, wszak nie brakuje oszustów, zgodzono się jednak przyjąć go. Przyszedł, wylegitymował się.

Miał swoją albę, parametry potrzebne do sprawowania Eucharystii. Poprosił o udostępnienie mu kościoła. Pani Halina wsiadła na rower i objeżdżając poszczególne domy informowała o wieczornej Mszy świętej. Przyszło około 30 osób.

Jeszcze teraz, opowiadając mi o tym, pani Halina uśmiecha się radośnie. Ten wieczór na trwałe wpisał się w pamięci mieszkańców wioski.

Poznałem męża pani Haliny „…Bronek, ten pan ma książkę księdza Mojżeszki….ten pan jest z Krakowa”. Poczęstowano mnie przepysznym czerwonym barszczykiem, potem ablucje, codzienne opatrywanie stóp. Odpocząłem co nieco.

W międzyczasie przyjechał emerytowany kapłan który wyspowiadał i udzielił komunii teściowej pani Haliny. Poznałem go, otrzymawszy drugie w tym dniu błogosławieństwo. Pani Halina, o czym poinformowałem ją wcześniej, zdążyła mu już powiedzieć, że w swojej diecezji jestem nadzwyczajnym szafarzem. Potem siedząc ze mną na ławeczce z radością mówiła „…co za dzień najpierw pan, potem ksiądz i jeszcze ksiądz Andrzej…”

Oczywiście musiałem zobaczyć wnętrze świątyni. Stanąłem zdumiony przytulnością i czystością. Podłoga wyłożona miękkimi dywanami, ściany boazerią. Po tej stronie mamy żłóbek, po tej ciemnicę i grób – informowała przewodniczka. Opowiadała jak odnawiali, malując stary, zniszczony konfesjonał, który teraz w promieniach słonecznych, błyszczał wesoło popielatą farbą. W każdą niedzielę z pobliskiego Chocianowa przyjeżdża kapłan. Wtedy też konsekrowane są hostie, rozdzielane podczas Mszy wiernym.

Wieczorem, zaproszony na kolację, wysłuchałem opowieści starszej pani, teściowej pani Haliny. Wydawało się, że powtarza kwestie scenariusza filmu „Sami Swoi” Sylwestra Chęcińskiego. Przybyli z Gródka Jagiellońskiego, ze wschodnich rubieży Polski. Osiedlili się, zamieszkali. Inaczej, zupełnie inaczej wyglądały wtedy te ziemie. Droga którą przyszedłem była jedną płaską równiną bez drzew i chaszczy. W dalekiej perspektywie dostrzec można było zabudowania Chocianowa. Było ciężko, ale od czego zapał i chęć działania, zwłaszcza że pola czekał na siew.

Usłyszałem historię powstania kościoła. Początkowo kaplica w budynku szkolnym, później właśnie tutaj, gdzie w czasie wojny Niemcy mieli coś w rodzaju lokalu rozrywkowego. Wieżę wznosili własnymi rękami i własnym nakładem pracy. No bo jak to kościół bez wieży. Przykościelny dzwon pochodzi z kaplicy cmentarnej. Obecnie wykonano elewację, pomalowano wnętrze.

Żal było rozstawać się z tak miłymi ludźmi. Obiecałem pani Halinie skontaktować się przez internet z odpowiednimi ludźmi i wyprostować informację w przewodniku odnośnie miejsca noclegowego.

A swoją drogą, pani Halina przyznała mi rację, że gdyby tak w salce umieścić jakąś wersalkę, problem chociaż częściowo, byłby rozwiązany. Dowiedziałem się jeszcze o skrócie, przejściu przez tory kolejowe, abym jutro zanadto nie nadkładał drogi. Obiecałem skontaktować się i pozdrowić księdza Andrzeja. Powróciłem na swoje pielesze. Spanie na środku sali na rozłożonym dywanie, obok obrazy, jakiś sztandar, w kącie w szeregu ustawione halabardy. Tych używają strażacy trzymając straż przy Pańskim Grobie.


Pomarańczowa strzałka

Nowa Kuźnia – Bolesławiec

Zaopatrzony w dużą butelkę gazowanej wody (abym dłużej pamiętał) i to, co pozostało z wczorajszej kolacji, szarym świtem, o czym wiedzą tylko dwa psy pilnujące obejścia, wyruszyłem w dalszą drogę przechodząc przez uśpioną wieś. Skrót znajdował się tam gdzie potrzeba, toteż nie zastanawiając się zbytnio przeszedłem puste tory kolejowe i znalazłem się w miejscowości Modła, skąd dalej przez kompleks leśny dotrzeć miałem do miejscowości Osła.

I tutaj, w lesie, na jednym z drzew, przy rozgałęzieniu dróg dostrzegłem pomarańczową strzałkę kierującą w lewo. Bogatszy o doświadczenie księdza Mojżeszki zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście poszedłbym w nakazanym kierunku za pomarańczową, a nie żółta strzałką? Ale dlaczego pomarańczową? Może zabrakło im farby. Ale w takim razie skąd wzięli tę pomarańczową?

Póki co, raźno maszerowałem w prawo wypatrując muszelki. Była, i wszystko powróciło na swoje tory. Komary atakowały, ja robiłem co mogłem. W ruch poszedł zdjęty z głowy kapelusz. Przyspieszyłem wyciągając nogi. Najlepszym sposobem na pozbycie się tych nieznośnych owadów było po prostu szybkie wyjście z lasu. Im szybciej tym lepiej.

Na skraju lasu, pośród pszenicznych, złocących się w słońcu pól, pośród poddających się miękko pieszczotom wiaterku zielonych traw, przysiadłem, aby odmówić dzisiejsze modlitwy, posilić się przed dalszą drogą. Błękit w poziomie aż po horyzont, a w górę, zapewne pod podnóżek Bożego tronu. „…Panie pospiesz ku ratunkowi memu…” Spłynęło z góry błogosławieństwo, spłynęło wraz z leciutkim tchnieniem wiatru, wraz z pierwszymi promieniami słońca. W szumie pszenicznych łanów dało się słyszeć słowa „któż jako Bóg” dało się słyszeć frazę z Księgi Rodzaju. „…i wszystko co uczynił było bardzo dobre…” W dali horyzont ciemniał borem i ta linia oddzielająca niejako dwa światy przypominała, że dojdę,że przyjdzie mi kiedyś przekroczyć próg Nowego, przyjdzie stanąć twarzą w twarz z Najwyższym który jest Tajemnicą Pięknem i Miłością. Bo tylko ktoś, kto kocha bez granic może tworzyć piękno, może troszczyć się o każdy szczegół, o najmniejszy detal. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Ja detal, pyłek. Ja najmniejszy, a przecież kochany Miłością Dobrego Ojca.

Pomidor, jajko na twardo, do popicia woda. Śniadanie zwykłe, pielgrzymie. Dość odpoczywania, dosyć zamyśleń. Będę miał dość czasu po tamtej stronie. Będę się dziwił i dziwił bez końca. Rzeczywistość ziemska przynagla. Anioł Stróż wraz ze świętymi przewodnikami już gotowi do drogi.

Dopóki się szło, było znośnie. Najgorsze katusze przeżywałem, gdy przyszło się zatrzymać a potem znowu ruszyć.

Następny postój w Tomaszowie Bolesławieckim. Wstąpiłem do apteki, zakupiłem krem do stóp. Jak doczytałem w załączonej ulotce, doskonały również przeciw zmarszczkom. Odpocząłem i już bez przestanku postanowiłem pomaszerować na miejsce noclegowe do Zgromadzenia Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa w Bolesławcu. Olbrzymie elewatory zbożowe, podmiejski lasek, w którym spotkałem zaciekawioną moim wędrowaniem grupkę młodzieży. Wreszcie obrzeża rynku.

Pisałem już o specyfice małych miasteczek. Jest coś urokliwego w połączeniu historii ze współczesnością. Jest niepowtarzalny klimat wyrażający się w kolorystyce, zapachu, nawet chodzie i zachowaniu ludzi. To wszystko odnalazłem tutaj, i na ile mogłem, zauroczyłem się upajając tą niepowtarzalną atmosferą.

Dom Zgromadzenia Sióstr Adoratorek odnalazłem bez większych trudności. Znajduje się na peryferiach przy wyjściu z miasta na trasie Drogi świętego Jakuba. I znowu przyjęcie niegodne pielgrzyma. Pokój z miękkim tapczanem, łazienka. Po wstępnych tych miłych (kąpiel) i tych mniej miłych (opatrywanie nóg) i pranie, czynnościach, zjawiła się siostra przynosząc obiad. Miałem iść do miasta, niestety moje nogi nie pozwoliły na to.

Postanowiłem zostać, aby odpoczywając choć trochę zregenerować nadwątlone stopy. W budynku jakaś grupa modlitewna przeżywała swoje rekolekcje. Byli już po Mszy świętej, ale w kaplicy odbywała się całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu.

I tak oto mijało to popołudnie. Modlitwa, rozmowa z siostrą przełożoną. Wśród uczestniczek rekolekcji znajdowała się młoda dziewczyna, która w sierpniu z grupą studentów planowała przejście do Santiago od strony północnej. Temat rzeka.

Wieczorna modlitwa, ustalenia z Aniołem Stróżem co do jutrzejszego dnia, i spokojnej nocy.


Koszmar nad Kwisą

16.07.2010

Bolesławiec – Lubań

Siostry Adoratorki spały jeszcze błogo, kiedy ja przemykałem się długim korytarzem klasztoru.

Długa, długa ulica Zabobrze wyprowadziła mnie z granic miasta. Po minięciu potężnej bramy cmentarza żołnierzy radzieckich, skierowałem się w lewo, na szeroką piaszczystą drogę która doprowadziła do sosnowego lasu. I znowu kolejny świt, i znowu szło się jakoś lekko.

Potem było polami, ścieżkami tak prostymi że aż zawrót głowy. Iść, ciągle iść w stronę słońca. Akurat szedłem w kierunku przeciwnym, bo na zachód, nic jednak nie przeszkodziło w nuceniu tych właśnie słów. Były też Godzinki, był różaniec. Tutaj innego wyrazu nabierała druga Tajemnica Radosna. Pośpiech, jak najbardziej, ale zamiast gór, horyzont tak odległy, że aż znikający w błękicie. Potem dopiero pojawiło się pasmo Karkonoszy, a więc znalazły się też góry.

Koszmar rozpoczął się na ostatnim etapie, kiedy to, idąc wzdłuż Kwisy, asfaltową drogą, zacząłem odczuwać przypiekanie od góry i od dołu. Temperatura sięgała chyba 40 stopni, cienia ani na lekarstwo, nogi palą ogniem. Poczułem, że jest źle. Przysiadłem w wiacie autobusowej, gdzie było trochę cienia i byłbym tak siedział do wieczora, do zachodu słońca. Oparłem głowę o ścianę, przed oczami zaczęły latać jakieś czarne i złote plamki. Ale odpoczywałem. Po prostu potrzebowałem tej chwili, by dojść do siebie, zrelaksować się. Po jakimś czasie zmieniłem buty. Gołe stopy w sandałach też paliły, ale przynajmniej miały przewiew. Powoli, powoli dochodziłem do siebie i wychodziłem. Powoli, powoli zaczęła docierać do mojego zlasowanego słońcem mózgu myśl, że to koniec, że jutro nie dam rady. Bądź rozsądny, szeptał mój Anioł Stróż, a święci przewodnicy gorliwie mu przytakiwali. Pamiętaj, bądź rozsądny. Dzisiaj zgadzałem się z nimi, ale co będzie jutro?

Zadzwoniła Ela. Powiedziałem jej co nieco o moich perypetiach, ona wszystko o swoich. I tak pocieszeni, oddaleni, powróciliśmy, każde na swoją drogę. Wyprzedziła mnie jakaś młoda dziewczyna. Szła szybkim, sprężystym krokiem. Prawie tak samo szedłem rankiem. Wtedy na pewno nie dałbym się tak łatwo wyprzedzić. Minęły zapowiadane dwa kilometry. Pojawiła się strzelista, wysoka czerwona wieża kościoła. Doszedłem. Panią w kiosku dopytałem o drogę i wzdłuż murów okalających starą część miasta, wypracowanym człapaniem, ażeby za bardzo nie urazić Drogi, pomaszerowałem w stronę kolejnego miejsca noclegowego ciesząc się, że już tak blisko i koniec koszmaru. I znowu podobny scenariusz. Wykąpany, odświeżony. Ogólnie jest dobrze, tylko ze stopami chyba nie całkiem w porządku. Nasmarowałem je kremem przeciw zmarszczkom ale i tak pieką i bolą niemiłosiernie.

Cóż czynić z tak pięknie rozpoczętym popołudniem? Przede wszystkim należało przeliczyć siły na zamiary. Do Zgorzelca pozostało niecałe 30 kilometrów. Tylko i aż. Nie zanosiło się na zmianę pogody, czyli… znowu żarówka. Nogi w rozsypce. Postanowiłem nieodwołalnie zakończyć w dniu dzisiejszym piesze pielgrzymowanie. Na to konto zrezygnowałem nawet z prania koszulki i skarpet. Po prostu je wyrzuciłem, dodając jeszcze do kompletu rozlatujące się spodnie, które też tak wiele przeszły. To było moje rytualne spalenie znoszonych szat, nad brzegiem oceanu. Lubań okazał się moim końcem ziemi, moją Finisterrą.

Kwatera znajdowała się w nowej części miasta, gdzie przeważała blokowiskowa zabudowa. Wyszedłem na zakupy i pomiędzy budynkami dostrzegłem bryłę świątyni. Zamknięte ogrodzenie uniemożliwiało wejście na wewnętrzną część z tablicą informacyjną. Przechodząca starsza pani poinformowała, że codziennie o 18 sprawowana jest Eucharystia. Poczłapałem odpocząć, a potem raz jeszcze w stronę kościoła.

Jakież było moje zdziwienie, gdy przeczytałem, że jest to kościół pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa i świętego Jakuba. A więc to moje Santiago, mój finisz. Msza święta w przypadające dzisiaj święto Matki Bożej Szkaplerznej odbywała się w kaplicy Matki Bożej Zwycięskiej a z racji uczestniczenia w niej lokalnego Bractwa Szkaplerznego komunia święta podawana była pod dwoma postaciami.

I tak oto święty Jakub sprawił mi wspaniały, godny niebios prezent. Modliłem się, polecając Miłosierdziu Bożemu wszystkich którzy wspierali mnie w tym wędrowaniu, którzy duchowo dzielili ze mną trud wędrówki. Dziękowałem za wielką łaskę przeżytej samotności, za tę wewnętrzną pustelnię do której dane mi było wstąpić.


Buen camino

17.07.2010

Lubań – Zgorzelec

Pierwszym porannym autobusem w pół godziny dojechałem do dworca w Zgorzelcu. Wzdłuż Nysy, idąc za muszelkami, dotarłem do mostu i dalej do Gerlitz aby zorientować się w którą stronę prowadzi szlak i jak wyjść z miasta w kierunku Pragi. W biurze turystycznym, pokazując mój paszport, odebrałem certyfikat. Moi święci patronowie nadal czuwali nade mną, gdyż nadspodziewanie bezboleśnie minęła mi, z dwoma przesiadkami,powrotna podróż.

Opowiedziałem wszystko. O dolach i niedolach, wzlotach i upadkach. Myślę, że czas zakończyć krótkim dwuwierszem:

każdemu własna jego Droga
i własne jego Santiago

buen camino….